Nieskończenie wielkie pogranicze - esej Olgi Tokarczuk
Gdy zaczęłam pisać tę książkę, miałam proste i naiwne- jak mi się teraz wydaje- założenie: opisać miejsce, w którym mieszkam. Kiedy jednak zaczęłam pracę, powoli okazywało się, że jest to zadanie o wiele trudniejsze niż myślałam na początku, że ów opis domaga się komentarzy i dygresji, że wciąż pojawiają się nowe punkty widzenia, nowe historie i że właściwie jest to zadanie nieskończone. Cóż to bowiem znaczy "opisać miejsce"?
Trzeba oczywiście oddać jego całą fizyczną namacalność- jego kształt, obraz, światło, zapach, barwę powietrza, kolor ziemi, przezroczystość nieba; trzeba umiejscowić go w przestrzeni większej, ulokować na mapach. Lecz nawet wtedy, gdy taki obraz pozostanie najbardziej drobiazgowy, okaże się szybko niewystarczający, ponieważ będzie statyczny i niezmienny. Dlatego należy podjąć następny krok i przydać miejscu czas- wtedy dopiero opowieść ruszy z kopyta, a miejsce ożyje. Mówiący czas, mam na myśli teraźniejszość, którą znam i która wydaje mi się bliska, ale także przeszłość, dalszą i bliższą, tą znaną mi z opowieści i anegdot, oraz inną zupełnie nieprzeniknioną, której mogłam się tylko domyślać. I mam na myśli przyszłość- zaledwie przeczuwaną.
Opisując miejsce trzeba także pokazać ludzi, wszystkich tych, którzy naznaczyli ich swoim wpływem- pracą, miłością, przeżyciami, doświadczeniami, opowieściami. A ponieważ nie tylko ludzie są mieszkańcami miejsca, to w takim opisie musiały się znaleźć zwierzęta i rośliny.
W końcu- jakkolwiek to zabrzmi- portret miejsca będzie także portretem narratora- to przecież jego oczami widzimy wszystko i jego ręka zapisuje, to on jest ważnym punktem orientującym wydarzenia, jest zarazem odbijającym obraz lustrem, jak i projektorem obrazów.
Mamy więc miejsce oraz żywe istoty i narratora- to wszystko musiało znaleźć się w mojej książce, lecz postępując dalej, odkryłam zadziwiającą rzecz- żeby opisać miejsce, trzeba być także otwartym na nazywanie tego, czego się w gruncie rzeczy nie wie; poddać się opowiadaniu, pozwolić mu się prowadzić, dawać się zaskakiwać. Być może jest to jedyny sposób, by miejsce opowiedziało się samo.
Teraz widzicie, że prosty zamysł zaczął wbrew mojej woli rozbudowywać się w wielowątkową opowieść, gdzie wszystkie narracje, postaci, czasy, sny i jawy są niestałe i ruchome.. Jedyną stałą oś tej książki stanowi miejsce.
Jest to dolina w niewysokich górach w Kotlinie Kłodzkiej. Najbliższym grzbietem gór biegnie granica. Deszczowe chmury często zatrzymują się tutaj, dlatego jest wilgotno, a rośliny są bujne. Miejsce to należało do różnych księstewek i państw, ulegało wielu wpływom. Zmieniało nazwy tak samo, jak inne miejsca w tej okolicy. Zamieszkiwali je ludzie, którzy przychodzili i odchodzili. Jedni trwali tu dłużej, inni krócej. Mam wrażenie, że wszystko tutaj zapisało się jak na wielkiej, trawiastej płycie CD. Dziwne jest to, że nie zapisała się natomiast żadna wielka historia, żadne daty traktatów, zwycięstw i kapitulacji, lecz właśnie tyciące drobnych, małych spraw, z których składa się życie człowieka.
Dla mnie ta książka jest próbą stworzenia małego, prywatnego mitu założycielskiego- ponieważ tak samo jak ja, także inni współmieszkańcy jesteśmy tutaj przybyszami. Nie można zaś żyć w pełni bez takiego mitu, który sytuowałby nasze życie w jakiejś szerszej, mitologicznej przestrzeni. Jest literacką próbą naszkicowania psychologicznej ciągłości małej historii małego miejsca, na przekór tej dużej, przez duże H, która okazała się nieciągła i nieprzyjazna człowiekowi.
W moim rozumieniu jest to opowieść o granicach zarówno tych fizycznych i namacalnych, jak i tych nieuchwytnych, które konstruujemy w naszych głowach, żeby zbudować sobie zwodnicze poczucie porządku i kontroli nad rzeczywistością. Przeszłość- przyszłość, realne- nierealne, kobieta- mężczyzna, człowiek- zwierzę, sen- jawa, jeden kraj- drugi kraj, jeden język- drugi język. Biegunowość tych kategorii tworzy prostą siatkę, która pozwala czuć się nam bezpiecznie- mamy poczucie, że rozumiemy świat. Jednak to, co najciekawsze, to, co najbardziej żywe i prawdziwe dzieje się zawsze gdzieś pomiędzy, na nieskończenie wielkim pograniczu.
Bardzo mi zależało, żeby ta książka była zrozumiała dla innych, dla sąsiadów zza czeskiej granicy i dla Niemców sąsiadów sprzed wojny. Bałam się, że może rzeczywiście- bo i tak się mówi czasami- polska proza jest tak swoista, że często staje się hermetyczna i nieprzekładalna. Ta nagroda pokazuje, że oczywiście jest to nieprawda. Cieszę się bardzo, że formuła tej nagrody docenia ogromny i twórczy wkład tłumaczenia i dziękuję Ester za profesjonalizm i uczucie, z którymi pracowała nad "Domem dziennym, domem nocnym".
Mowa wygłoszona podczas wręczania jej nagrody (Pomost Berlin)
Olga Tokarczuk