Krótki kurs pisania - warsztat pisarza – najczęściej zadawane pytania (cz. I)
Uczestnicy prowadzonych przeze mnie kursów pisarskich bardzo często zadają mi proste, ale bardzo fundamentalne pytania. Spróbuję sukcesywnie odpowiadać na najczęściej zadawane. Mam nadzieję, że pozwoli to Wam lepiej pisać.
Czy pisanie dużych ilości mejli i/lub esemesów liczy się jako pisanie?
Odp.: Nie. Mejl czy esemes to też proza, owszem, ale zazwyczaj bardzo marna gatunkowo, wręcz
ułomna, pisarsko spaprana, nikczemna – i się po prostu nie liczy. Czemu? Po pierwsze, ponieważ funkcje mejla czy
esemesa są inne niż funkcje literatury: literatura ma budować napięcie, opowiadać historię, natomiast mejl czy esemes
raczej napięcie niwelują. Po drugie: brak w mejlach czy esemesach fabuły, akcji, a i bohaterowie, powiedzmy to sobie
wprost, rzadko są w stanie poruszyć nas odrobinę mocniej. Dlatego lepiej unikać wyżywania się w tych akurat gatunkach.
Lepiej napisać najkrótsze nawet opowiadanie, z początkiem, środkiem i zakończeniem, z bohaterem, akcją i przynajmniej
jednym punktem zwrotnym, niż tasiemcowego mejla czy esemesa, z którego nie wynika nic ponad to, że chcemy podtrzymać z kimś kontakt.
Inna sytuacja, kiedy bohaterowie waszej prozy wymienią się mejlami czy esemesami. To może być namiastką dialogu i
uatrakcyjnić historię. A jeśli przy tym, jak w dobrym dialogu, zapadną podczas tej wymiany mejlowej czy esemesowej
ważne decyzje, a los bohaterki czy bohaterów zacznie zmieniać się (bo dobry dialogi to taki, w którym zapada
decyzja zmieniająca coś w życiu bohaterki czy bohatera), wtedy to się liczy, wtedy mejl czy esemes ma (literacko)
sens. A więc mejl czy esemes jako element waszej prozy – tak. Natomiast jako radosna twórczość sama w sobie –
zdecydowanie nie.
Chcę pisać w pierwszej osobie lp., zaczynam tak pisać i widzę, że ciągle się nad swoją bohaterką (samą sobą) użalam? Co robić?
Niekiedy historia, jaką mamy do opowiedzenia, jest taka, że siłą rzeczy pojawia się motyw
użalania się nad bohaterką (w narracji pierwszoosobowej: „sobą”). W związku z tym autorka czy autor, świadomi, iż
czytelnicy nie znoszą użalania się kogokolwiek nad nim samym, zaczynają się zastanawiać, jak zrobić, żeby ktokolwiek
chciał te smętne gorzkie żale przeczytać? Można oczywiście próbować zmienić narrację pierwszoosobową na trzeciosobową,
z czego wyjdzie np. zamiana zdania „Było mi źle, tak strasznie źle” (fatalnie to może zabrzmieć w waszej prozie,
każdy wam to powie) na zdanie: „Było jej źle, strasznie źle” (co jest już nieco lepsze, bo pozwala czytelnikowi na
złapanie dystansu, nie zmusza go do tak bezpośredniego przeżywania wraz z biadolącą i pełna resentymentu postacią).
Ale być może nie chcecie zmieniać narracji z pierwszoosobowej na trzecio. Co wtedy? Jest na to sposób chyba tylko
jeden: żartować, śmiać się, zdystansować się do siebie i swoich problemów przy pomocy poczucia humoru. Wtedy postać
użalająca się nad sobą ma szansę stać się postacią komiczną, jak panna Jones z powieści Helen Fielding, albo jak
intelektualiści Woody’ego Allena, zabawni i potrafiący żartować ze swoich wad. Jak zauważył Gombrowicz: „Innymi
słowy: mogę mieć w sobie wszystkie pokraczności, ale jeśli umiem się nimi bawić, jestem król i władca!” Jakkolwiek
obrazoburcze nie byłoby to dla waszego bólu, jeżeli tylko nie dotyczy to ciężkiej, nieuleczalnej choroby –
postarajcie się w swoim pisaniu bawić wszystkim, naprawdę każdym zdarzeniem i każdym doświadczonym cierpieniem.
Zresztą: nawet choroba można się do pewnego momentu bawić. Na pewno umiecie ocenić, jaki to moment. A czemu nie
warto się użalać bezpośrednio, bez robienia ze swojego życia komedii. Nie dlatego, że wasze cierpienie samo w sobie
nie jest ważne, ale dlatego, że gdy zdobędziecie się na dystans, będzie to z korzyścią dla waszej literatury.
Zwłaszcza tej pisanej w pierwszej osobie. Poza tym: „Życie jest zbyt poważne, by o nim poważnie mówić.” (Oscar Wilde)
Mam tyle pomysłów. Który wybrać?
Ten, do którego jesteś emocjonalnie najbardziej przywiązana. Jeżeli uważasz swoje pomysły za
równorzędne, spróbuj je posortować według kryterium zainteresowania czytelniczego – ustal, co najbardziej zaciekawi
potencjalnego czytelnika. Jeśli i ta metoda zawiedzie, zastanów się, z których twoich pomysłów wyjdą opowiadania, a
które bardziej nadają się na powieść. Następnie oceń realnie, ile masz czasu na pisanie i odpowiedz sobie szczerze na
pytanie, czy masz go tyle, żeby się rozdrabniać. Następnie weź na swój pisarski warsztat ten pomysł, który jest
najatrakcyjniejszy z możliwie wielu punktów widzenia i na którego realizację znajdziesz czas i chęci. Ten wybór może
być nieprzyjemny, ten przymus odsunięcia w czasie innych pisarskich projektów może zaboleć. Ale bardziej zaboli,
jeśli niczego nie zaczniesz pisać i nie ukończysz. Poza tym, przypomnij sobie słowa Ernesto Sábato: „W tym
ograniczonym i jedynym życiu, jakie nam dano, zmuszeni jesteśmy raz po raz do wyboru jednej tylko drogi spośród
bezmiaru innych. Wybierać tę jedną możliwość to zepchnąć w nicość inne.” To przykre, ale inaczej się nie da.
Nie wiem, czy mam czytać (bo tak mało wiem), czy w każdej wolnej chwili pisać? Na wszystko nie starcza mi czasu. Co robić?
O problemie tym, w kontekście swoich pisarskich początków, tak pisał w „Pięknych
dwudziestoletnich” Marek Hłasko: „Kiedy zaczynałem pisać – zdawało mi się, że powinienem czytać, gdyż pomoże mi to w
pisaniu; kiedy czytałem – zrywałem się i wybiegałem na miasto, gdyż wydawało mi się, że powinienem podglądać ludzi;
rozmawiałem z ludźmi i wtedy znów wydawało mi się, że tracę czas na rozmowy, a przecież powinienem pisać – Chryste
Panie, myślałem, że zwariuję.” Sprawa, chociaż Hłasko przedstawia ją komicznie i autoironicznie (autor ten wiedział,
że użalać się nad sobą w pisaniu można jedynie, kiedy się człowiek jednocześnie z siebie i swoich rozterek śmieje)
jest poważna. Pomóc może dobra organizacja czasu. Należy ustalić godziny na pisanie (np. rano, przed pracą, kiedy
umysł świeży) i na czytanie (np. wieczorem, zamiast telewizji, przed snem). W ostateczności, przy absolutnym braku
czasu należy przyjąć, że własna twórczość jest jednak ważniejsza – i raczej pisać niż czytać, raczej próbować tworzyć
niż biernie to, co przez innych stworzone, konsumować. A do czytania wrócić natychmiast, kiedy to tylko będzie możliwe.
Czy można napisać bestseller bez super bohatera, ale za to z naciskiem na jakąś ideę?
Bestseller z naciskiem na ideę? OK, ale musi to być idea tak wielka, szalona i kontrowersyjna,
jak np. ta z „Kodu Leonarda da Vinci”: oto dowiadujemy się, że Kościół Katolicki przez dwa tysiące lat ukrywał i
nadal ukrywa prawdę o naturze Jezusa i jego związku z Marią Magdaleną, przez co wypacza historię i kulturę naszej
cywilizacji. Taka idea, szybka akcja, plus dobrze skrojone dekoracje – to wystarczy, by pojawili się liczni obrońcy
doktryny, z którymi walczyć będą na forach internetowych i w mediach zwolennicy waszej teorii, podczas gdy powieść nie
schodzić będzie z top-listy. A zatem, sprawa jest prosta. Jeżeli tylko coś równie literacko sprawnego i smakowitego
wymyślicie, jak Dan Brown, wtedy nacisk może być na ideę. Wtedy też możecie nie mieć super bohatera. A propos, jak
się nazywał ten z „Kodu”? Langdon? – cdn.
Jakub Winiarski
www.literaturajestsexy.pl