Prace uczestników
H.Mody - "Nieporozumienie"
Katarzyna Espe - "Czarno-czekoladowe pantofle"
Aurelia Es - "Dziewczyna z czwartego piętra" Pierwsza nagroda w konkursie literackim organizowanym przez Onet.pl - 2009
Aurelia Es - "Dzień kobiet" Wyróznienie w w konkursie literackim organizowanym przez Onet.pl - 2009
Agnieszka Lis - "Psia chimera"
Rafał - "Biegnij Wariat, biegnij"
Katarzyna Popiel - "Złote pióro"
Kamila Matla - "Rotututu…nda"
Agnieszka Farkowska - "Herbatka u pani Anieli"
Julia Jackiewicz - "Każdy deszczowy dzień. Powroty."
Dominika Jagiełło - "Velasquez – praca domowa nt. książki"
Magdalena Jelonkiewicz - " Fryzjer Horror Story"
Małgorzata Bielak - "Haiku"
Anna Sajek - "Golden"
Sandra Stawińska - „Zapach kredek"
Staszek Taumaturg Kiersztyn - „Pani Jeziora"
Staszek Taumaturg Kiersztyn - „Ziarno kłamstwa"
Dorota Bury - „Bajka o smutnym smoku"
H.Mody - "Nieporozumienie"
I.
Patrzył zahipnotyzowany jak z pochyloną głową suszyła włosy. Ta cholerna suka znów ma na sobie tylko bieliznę – pomyślał. Dobrze, że chociaż tyle, nie zdziwiłby się gdyby była zupełnie naga. Od pięciu tygodni pałęta się po jego domu jak po swoim. I po co mu to było? Pieprzony samarytanin – zaklął w duchu bo czuł, że jeszcze chwila i rozerwie mu spodnie. Ona zachowywała się jakby sobie nie zdawała sprawy jak na niego działa. Zrobiła sobie z niego jakąś pieprzoną przyjaciółkę i tak go traktowała. Opowiadała o nowo poznanych facetach i biegała pół naga po domu co doprowadzało go do szału. Do tego wszędzie walały się jej rzeczy, była tak roztrzepana, że kiedyś w szafce z płytami znalazł jej pończochę z czerwonym koronkowym wykończeniem. Wściekł się, bynajmniej nie z powodu zbezczeszczenia ukochanych płyt ale dlatego, że to odkrycie sprawiło, że jego wyobraźnia rozszalała się na dobre. Czuł się jakby od pięciu tygodni był napiętą do granic możliwości struną. Jego fiut wciąż sterczał i nie bardzo wiedział co z tym faktem zrobić. Ona nie kwapiła się w przyniesieniu mu ulgi, a przez to, że ciągle była w domu nie mógł zaprosić żadnej swojej dupy. Pomagały tylko chwile spędzone pod prysznicem, ale do jasnej cholery – jak długo tak wytrzyma?
Dobrze wiedziała, że on stoi w drzwiach łazienki i przygląda się jej. Zaczęła kręcić zgrabnym tyłkiem i podśpiewywać. W duchu śmiała się i zastanawiała kiedy on eksploduje. Na jego miejscu dawno już by się zgwałciła. Ale on zgrywał twardziela, a nie raz widziała grymas bólu na jego twarzy gdy z premedytacją paradowała przed nim w bieliźnie lub smarowała ciało balsamem przy okazji rzucając jakieś opowieści o swoich randkach. No - musiała mu przyznać - że ma chłop cierpliwość.
- O rzesz k… zmiął przekleństwo.
- O cześć, nie zauważyłam cię, chcesz skorzystać?
Z ciebie bym skorzystał – pomyślał a wyartykułował jedynie - ychy.
-To ja już znikam.
Usiadł na kiblu i przypomniał sobie ten dzień pięć tygodni wcześniej. Telefon wyrwał go z nad książki.
- Kurwa – usłyszał w słuchawce.
- Dziękuję, to naprawdę miłe przywitanie.
- Bo, bo, bo…. – zaczęła szlochać.
Oho, to nie był dobry znak, nie znosił szlochających bab, choćby były najpiękniejsze. A ta, nie dość, że ładna to jeszcze mózgu używała do myślenia a nie siedzenia na nim. Coś musiało się naprawdę wydarzyć.
- Uspokój się bo nic nie rozumiem i postaraj się powiedzieć wyraźnie.
- Bo, bo, bo…
- Bo co?
- Wywalają mnie z mieszkania, pieprzony właściciel zdradził swoją żonę i ta go wywaliła. On nie ma gdzie mieszkać więc ja muszę się do piątku wyprowadzić.
- Kurwa.
- No właśnie, jest środaaaaa – rozszlochała się na dobre.
- Możesz zamieszkać u mnie zanim sobie czegoś nie znajdziesz – nie wiedział co go skłoniło do wypowiedzenia tego zdania.
- Naprawdę? Nie chciałabym Ci się narzucać, ja się chciałam tylko wygadać.
- Tak, naprawdę, jak coś mówię, to mówię – już nie mógł się wykręcić a faktycznie szkoda mu się jej zrobiło.
Poznali się jakieś pół roku wcześniej na imprezie u wspólnego znajomego. Okazała się ładną i miłą dziewczyną więc parę razy zaprosił ją na kawę i do kina ale ponieważ nie było żadnych widoków na przelecenie jej odpuścił sobie, bo to nie był czas na zakochiwanie się a ona najwidoczniej tego od niego oczekiwała. Tak mu się przynajmniej wydawało. Mimo wszystko często do siebie dzwonili i rozmawiali, bo okazała się świetną rozmówczynią. Nie przypuszczał, że zmieni jego poukładane życie łajzy i kobieciarza w pasmo udręk.
- Wychodzisz już? – usłyszał z za drzwi łazienki.
- Tak, za chwilę.
- Bo wiesz, spieszę się na randkę.
- Kurwa, już idę.
- No dobrze, dobrze, nie denerwuj się tak, najwyżej delikwent poczeka.
Wkurwiało go coraz bardziej, że łazi z jakimiś facetami i może nawet się z nimi puszcza – choć twierdziła, że nie – a on już dostaje szału od tej wstrzemięźliwości. Kiedy otworzył drzwi była już kompletnie ubrana. Tylko ona mogła założyć bluzkę w kropki a do tego sweterek w paski i nie wyglądać głupio. Wyglądała po prostu pięknie.
- Jak Ci się podobam?
- Tak, że chciałbym Cię przelecieć.
- Weź, bo jeszcze uwierzę.
Tak naprawdę to chciała, żeby właśnie to zrobił, żeby zerwał jej ubranie i kreśląc językiem ślady na udach doprowadził ją do szaleństwa. Chciała poczuć go w sobie.
On w tym samym czasie wyobrażał sobie jak wplata palce w jej brązowe kudły, odwraca twarzą do ściany, przyciska, drugą ręką krępuje jej ręce i…
- O czym tak myślisz?
- Zastanawiam się czy nie zmarzniesz.
- Ojej, zawsze jesteś taki miły.
Tego wieczoru postanowił, że już dłużej tego nie zniesie i zadzwonił do Krysi. Była zawsze chętna a do tego miała swoje mieszkanie. Wprawdzie średnio go pociągała ale w końcu musiał spuścić z krzyża bo wieczna obecność Eweliny go wykończy.
W tym czasie Ewelina nudziła się jak mops na randce. Facet zanudzał ją opowieściami o wyprawach na ryby. Na te durne randki chodziła tylko z nudów no i żeby wzbudzić zazdrość w Łukaszu. Postanowiła, że z tym skończy i spróbuje zauroczyć go sobą w inny sposób. Dawno już nie czuła nic takiego do żadnego faceta. Łukasz był przystojny, inteligentny i naprawdę ją fascynował. Okazało się, że świetnie razem się bawią. Potrafili siedzieć wieczorami i rozmawiać zaśmiewając się do łez. Razem też śpiewali i tańczyli a czasem urządzali wojny na poduszki.
II.
- Dzisiaj nie wracam na noc, możesz sobie sprowadzić jakiegoś gacha – zaśmiał się nazbyt cynicznie.
- Ale… chciałam coś ugotować.
- Trudno, innym razem, ja też mam swoje potrzeby.
Widział jak jej twarz spochmurniała i coś nieznacznie go zakuło ale odpędził to uczucie i wypachniony popędził do Krysi.
Ewelina siedziała na kanapie i płakała. No to go uwiodłam – pomyślała. Poleciał do innej. W złości zadzwoniła do faceta od ryb i zaprosiła go na kolację, z którego to zaproszenia ten chętnie skorzystał. Tak bardzo chciała spędzić ten czas z Łukaszem ale sam wybrał.
Krysia szczebiotała głupiutko przymilając się do niego. Nie wiedział o co chodzi ale coraz bardziej go to irytowało. Nie miał ochoty już jej słuchać i tym bardziej nie miął ochoty jej przelecieć. Co się kurwa z tobą chłopie dzieje? - pomyślał. Wcześniej nigdy nie miałeś takich rozterek.
- Ładnie pachnę? – Kryśka podstawiała mu nadgarstek pod nos. Przed oczami stanął mu obraz Eweliny wciskającej nos w jego zagłębienia na szyi i wąchającej jego zapach. Zawsze tak śmiesznie się zaciągała przy tym i mruczała rozkosznie.
- Krysiu, przepraszam cię, właśnie sobie o czymś przypomniałem, muszę lecieć, wybacz, pa.
Biegł jak na skrzydłach, sam nie bardzo jeszcze wiedząc dlaczego, zahaczył o sklep z alkoholami i kupił wino, czerwone, półwytrawne, takie jak lubiła. Gdy wbiegał po schodach był coraz bardziej szczęśliwy i coraz bardziej cieszył się na myśl jaką radość jej sprawi. Drzwi otworzył cicho i wszedł do środka. Na kanapie, jego kanapie, jego Ewelina obściskiwała się z jakimś skurwielem. W pierwszy momencie chciał mu przyłożyć ale wycofał się niezauważony i zamówił taksówkę. Kryśka na pewno jeszcze czeka a jutro powie Ewelinie, że ma się wyprowadzić z jego mieszkania i jego życia.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Katarzyna Espe - "Czarno-czekoladowe pantofle"
Twoją uwagę przykuł pantofelek kobiety. Miękka, delikatnie połyskująca w słońcu czarna skóra była wykończona cienkim paseczkiem brązu o odcieniu gorzkiej czekolady. Ustawienie wysokiego obcasa na węższej części słupka, dodawało wąskiej stopie lekkości, a kunsztownie wyprofilowana krawędź buta była niemal zachętą dla oka, aby błądzić po skórze w górę, w kierunku zgrabnej kostki i dalej, do pięknie zarysowanej łydki. Brązowy pasek wykończenia pantofla zapleciony był na wierzchniej części stopy w urokliwą kokardkę.
Nietuzinkowe obuwie, pewnie drogie – pomyślałeś. Twój wzrok ślizgał się po opinającej kostkę, delikatnie opalizującej pończosze. Mogła - rzecz jasna - nosić rajstopy, ale zawsze wolałeś wyobrażać sobie, że właścicielki podziwianych przez ciebie nóg są jednak fankami pończoch. Ta myśl niezmiennie sprawiała ci lubieżną przyjemność.
Tymczasem obserwowane nogi zaczęły przemieszczać ciasny hol tam i z powrotem, a odgłos stukających o kamienną posadzkę obcasów wprowadził cię w swego rodzaju trans. Nie myślałeś o niczym konkretnym. Gapiłeś się tylko bezwiednie na tę paradującą przed twoimi oczami parę stóp, a widok ten - niczym wpatrywanie się w płomienie ogniska - przenosił cię w jakąś inną rzeczywistość.
Nie jesteś pewien co wówczas wytrąciło cię z tego stanu. Czy był to ten nieznośnie irytujący dla ucha dźwięk dzwonka jej telefonu komórkowego, który później tak wiele razy, niczym wyciągnięta zawleczka granatu, stawał się punktem zapalnym waszych dzikich kłótni? A może z transu wyrwał cię nagły bezruch i cisza, które nastąpiły po odebraniu przez nią telefonu? Nie pamiętasz. Pamiętasz natomiast jak obserwowane nogi przestały się poruszać, obcasy pospiesznie stukać… a w tobie wezbrała potrzeba usłyszenia jej głosu.
Jednak nie padło oczekiwane „słucham?”, „halo?”, czy też jakiekolwiek inne powitanie. Nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego nastąpiło bardzo nerwowe – nie miałeś co do tego wątpliwości - milczenie.
Kątem oka zobaczyłeś jak kobieta chowa telefon do torebki, a chwilę później poczułeś na sobie jej spojrzenie. Miałeś wrażenie jakby niespodziewanie jakiś cień padł na twoją twarz, a obraz malujący się przed oczami nabrał nowej ostrości. Już miałeś podnieść wzrok, kiedy nagły przypływ świadomości całej sytuacji kazał ci dalej z premedytacją wpatrywać się jedynie w jej czarno-czekoladowe pantofle.
Nastała trochę krępująca chwila całkowitej ciszy i bezruchu. Po kilkunastu sekundach kobieta westchnąwszy poruszyła się, a następnie trzy razy uniosła i opuściła palce lewej stopy, wydając podeszwą niemal niesłyszalne tupnięcia.
Nie zareagowałeś.
Kobieta złączyła czubki butów, a pięty odsunęła od siebie na tyle szeroko, że spostrzegłeś prześwit, który w wyniku tej nienaturalnej pozy pojawił się miedzy jej kolanami. Poczułeś jak kąciki Twoich ust zaczynają podrywać się w mimowolnym uśmiechu i zdołałeś odzyskać kontrolę nad własną mimiką twarzy dopiero w połowie drogi do pełnego wyszczerzenia.
Wygrała – pomyślałeś. A może wcale nie? – broniło się twoje ego. W końcu nikt wam nie mówił jakie są reguły tej gry. Nie sprowokowała cię przecież (mimo ewidentnych prób) do kontaktu wzrokowego. Twoje oczy nadal wlepione były tylko w jej buty! Co to za babka? Na pewno młoda, na pewno ładna… A właściwie niby dlaczego miałaby być ładna? Być może dobrymi butami próbuje odwrócić uwagę ludzi od swojej szpetnej twarzy? W każdym razie pachnie świeżo, subtelnie, tajemniczo… Nie spojrzysz na nią, nie dasz jej tej satysfakcji, chyba, że się do ciebie odezwie. Takie zasady będą fair. Jaki głos ma właścicielka tych nóg, tych stóp, tego niebanalnego obuwia? Może ochrypły, podobny do głosu Himilsbacha?!
Uśmiechnąłeś się do swoich myśli i natychmiast tego pożałowałeś, przypuszczając, że kobieta odbierze to jako dalsze oddawanie pola. Tymczasem ona wspięła się powoli na palce, po czym nagle z łoskotem połączyła pięty. Zaskoczony tym gwałtownym ‘baczność!’ drgnąłeś w mikroruchu, a w twojej głowie na ułamek sekundy pojawiły się militarne skojarzenia. Rozmarzyłeś się, że mogłaby być seksowna, rudowłosa i nosić pięknie skrojony i dopasowany mundur amerykańskich marines.
Coraz bardziej kusiło cię by wreszcie rzucić na nią okiem. Kogo byś ujrzał nad tymi zgrabnymi kostkami? Jaka twarz wieńczyła jej beżowy trencz? Eech…. Wytrzymam jeszcze… Ona pęknie pierwsza, z pewnością nie powstrzyma się od jakiegoś głośnego komentarza.
Gdy tak snułeś rozważania, kobieta przeniosła ciężar ciała na lewą nogę, po czym lekko się chwiejąc wysunęła prawą stopę ze stawiającego opór pantofla i postawiła ją na kamiennej posadzce. Hmmm… Robi się coraz ciekawiej.
Delikatna niczym mgiełka pończocha otulająca ponętnie jej kształtną nogę, miała na podeszwie i palcach wstawkę z grubszego materiału maskującą ku twemu rozczarowaniu kolor lakieru na paznokciach stopy. To był jakiś dziwny różowo-fioletowy odcień. Miałeś ochotę zerknąć wyżej, na dłoń, by poszukać korespondującej barwy, ale powstrzymałeś się. Lubiłeś gdy kobieta dbała o stopy i dłonie. W oczywisty sposób dawało ci to poczucie, że cała reszta ciała, również otaczana jest troskliwą uwagą właścicielki. W przeszłości zasada ta kilkakrotnie boleśnie się nie sprawdziła, stawiając cię w nader niezręcznych sytuacjach damsko-męskich, ale nadal traktowałeś dłonie, a tym bardziej stopy, jako obietnicę przyjemnych ogólnych wrażeń o kobiecie.
Sąsiadka analizowanej stopy, wydostała się z drugiego buta, który w efekcie tego ruchu przewrócił się. Kobieta lekko się zachwiała, a odzyskawszy równowagę, ustawiła stopy za butami. Nastała dłuższa stagnacja, w czasie której wydawało ci się, że przewrócony but oddycha i zaraz, niczym spłoszony ptak, poderwie się do lotu. Nadal, choć z coraz większym trudem, udawało ci się kontrolować swoje zachowanie. No i co dalej cwaniaro? Zabrakło pomysłów? - cieszyłeś się w duchu przedsmakiem wygranego pojedynku.
Kobieta powoli pochyliła się podciągając jednocześnie prawe kolano do góry i wyciągając w jego kierunku dłonie. Spod poły płaszcza wychynęła ciut krótsza od niego zaprasowana w kant nogawka garniturowych spodni-rybaczek. Czyli nie sukienka - pomyślałeś rozczarowany. Ale dłonie – piękne: alabastrowe, o smukłych palcach i niezbyt długich paznokciach pomalowanych w kolorze jasnej śliwki. Jej palce sięgnęły pod krawędź spodni i ku twojemu zdumieniu zaczęły rolować w dół podkolanówkę. Podkolanówki! Nosi cienkie podkolanówki! Wszelki czar i tajemnica, które stworzyłeś sobie w głowie na jej temat prysły w tej właśnie sekundzie. Czyli jest zwykłą, praktyczną panną bez krzty fantazji i polotu! A to rolowanie? Cofa się idiotka do czasów przedszkola i pewnie sobie myśli, że to takie cool! Patrzyłeś zdegustowany, jak kobieta chwiejąc się nieznacznie uwalnia stopę całkowicie i bosą wsuwa z powrotem do pantofla. Po chwili, identycznej operacji
dokonała na stopie lewej, podniósłszy nią cierpliwie czekający na to but. Pocieszające było to, że stopy naprawdę były ładne i zadbane, a ich paznokcie pomalowane lakierem identycznym jak na dłoniach. Ale te podkolanówki!… Wszystko straciło swój pierwotny urok.
Siedziałeś zniechęcony, zupełnie nie zainteresowany co nastąpi za chwilę. Tymczasem kobieta zdawała bawić się zdjętą właśnie częścią garderoby i czekać na twoją reakcję. Patrzyłeś na jej czekoladowo-czarne pantofle mrużąc oczy w poczuciu wyższości i triumfu.
Nagle kobieta ukucnęła w miejscu, w którym stała. Twój wzrok odruchowo przesunął się w kierunku jej głowy. Była spuszczona, nie widziałeś więc twarzy. Kobieta nie była ruda. Była jasną blondynką o włosach gładko związanych w niewielki kucyk. Co za banał! - pomyślałeś.
Nieznajoma podniosła się, szybko odwróciła i stukając obcasami zaczęła oddalać się w stronę drzwi wyjściowych. W miejscu gdzie przed chwilą stała, leżały na posadzce podłogi dwie małe kulki. Były jak beżowe gałki oczne jakiejś szmacianej lalki. Wiedziałeś, że ich nie upuściła, tylko celowo zostawiła. Dwie cholerne podkolanówki zbite ciasno w małe kulki wpatrywały się w ciebie jakby naprawdę miały zdolność widzenia. W ich spojrzeniu zobaczyłeś nagle swoją przegraną. Oniemiały poderwałeś się i poszukałeś wzrokiem kobiety. Zdążyłeś tylko zarejestrować jej trencz, jasny kucyk i śliczny profil, nim zniknęła z twojego pola widzenia. W środku rozszalało ci się stado ptaków pchając ciało, aby biegło za nią, jednak stopy, zespolone niewidzialną nicią z oszołomionym umysłem, trzymały cię, jak sparaliżowanego, w miejscu.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Aurelia Es - "Dziewczyna z czwartego piętra"
Pierwsza nagroda w konkursie literackim zorganizowanym przez Onet.pl - 2009
Miała głos, który wzbudzał zaufanie, miękkie usta i nieśmiały uśmiech. „Poproszę dwie bułki, czy jest dzisiejsza gazeta, tamte kwiaty, tak tak, tamte, różowe” - aksamitna tonacja, niskie brzmienie, trochę chropawe, trochę przeciągała sylaby. Smukła talia, chłopięce biodra, drobne piersi, regularne rysy twarzy. Figurka z porcelany, można by postawić ją na półce nad kominkiem, niech dekoruje wnętrze, niech nadaje splendoru i niech się nie tłucze.
Mieszkała na czwartym piętrze komunalnego budynku, bez windy, natarczywe ćwierkanie budzika co kolejny świt, wykrzyknik postawiony niechcący, dzień niespecjalnie zobowiązujący, trochę krzywy, trochę pod kątem, jak zwykle. Taki sobie dzień.
Radio włączało się automatycznie o tej samej porze, lekkie szumy, prognoza pogody, kojący głos spikera, który głoski wymawiał gardłowo, z domyślnym erotyzmem w tle. Drobny deszcz, kapuśniaczek poszatkowany, słońce, niewielkie zachmurzenie, wszystko lekkie i zwiewne, dziewczyny fruwają nad dachami budynków, wiatr niezbyt porywisty targa fryzury, rozdmuchuje spódnice, co tam masz, ach co tam masz! Szczęśliwe dziewczyny, szczęśliwi faceci szczęśliwych dziewczyn. Uśmiechy rozdzielone nierówno, nie wszystkim jest dane latać podniebnie i beztrosko.
Rano wypijała kawę, dwie kawy, najwyżej trzy, bez cukru, bez śmietanki, niewielkie filiżanki, sączenie małymi łyczkami, przeciwieństwo kubasów wypełnionych do obrzydliwości po brzegi. Namiastka luksusu. Poziom bezpieczeństwa. Później jadła śniadanie. Chrupkie pieczywo, ser, łyżka miodu, w sumie nic takiego, wieczna dieta, na zdrowie, na zgrabną figurę, na prężność mięśni i zwartość pośladków, na gładkość skóry i na Bóg jeden wie co jeszcze. Warzywa, owoce, ziarna, jogurt, przyzwyczajenia, przyzwyczajenia, nuda, nuda, i po co to wszystko, i dla kogo?
Stół stał obok otwartego okna, do kuchni wciskały się kawały niebieskiego nieba, były niczym tort urodzinowy, śmietankowe obłoki stroiły letni poranek, tylko gdzie się podziała świeczka dla szanownego jubilata? Wszystko niepotrzebne.
Każdy dzień planowała porządnie i umiarkowanie, umiarkowana radość dobrze spełnionego obowiązku, umiarkowany mieszczański spokój, umiarkowana nuta satysfakcji. Pastele i kujawiaki. Niewielkie poczucie straconego czasu, bez ryzykownych ekscytacji, klimat łagodny, skoncentrowanie w granicach normy. Czynności poukładane jak pościel w bieliźniarce u wiekowej ciotki.
A później jeszcze prysznic, makijaż, lustro odbija sylwetkę, skrupulatnie odzwierciedla decyzje, sukienka w paski, czy gładka bawełniana, czy dżinsy, czy bezwstydne szorty, czy za krótka bluzka? A poza tym, czy to nie wszystko jedno? Wprawne gesty, rutynowe słowa, każdy jest aktorem własnego życia, nawet w teatrze z którego widzowie dawno już odeszli.
Dziewczyna. Dziewczyna na czwartym piętrze miała na imię Benny. Benny, hej Benny! Tak na nią wszyscy mówili, tak myślała o sobie ona sama, choć oczywiście w dokumentach i w dowodzie osobistym wypisano poprawnie i formalnie – Barbara. Basia, Baśka, Basiula. Jednym słowem Benny i już.
Tamtego lata obserwowałem ją codziennie z okien mojego mieszkania po przeciwnej stronie ulicy. Beznadziejne staranie utrzymania się na powierzchni, przymuszony uśmiech, jakoś to przecież będzie, jakoś to przecież musi być. Raz dwa trzy cztery, raz dwa trzy cztery. Praca dom, dom praca. Mogłem regulować zegarek niezmiennością jej wyjść i powrotów. Godziny, kwadranse, minuty oczekiwań. Cywilizacja pospiesznych kroków i stukotu obcasów o bruk. Rutynowe czynności, które zajmują czas, ale nie wypełniają ani umysłu, ani serca. Poukładany smutek, zamieciona podłoga, czyste garnki. Wypucowana wanna, sprzątnięta ubikacja, pojemniczki z kosmetykami w równym szyku, do dwóch odlicz! Do-brze do-brze. Odkurzone meble, uprane firanki i w ogóle wszystkiego najlepszego! Odbicie samotności w każdym wypucowanym przedmiocie. Na czwartym piętrze. U Benny.
Dlaczego nie odważyłem się nawiązać z nią kontaktu, cześć, to ja, mieszkam naprzeciwko, tam jest moje okno, obalimy flaszkę, pogadamy, coś wymyślimy, zmienimy i nigdy nie będziemy już płakać? Stchórzyłem? Zapomniałem? Nie mogłem? A może po prostu nie miałem kasy na flaszkę, choć przecież wystarczyłoby jakieś zielsko skombinowane na boku? Nie wiem. Zresztą, co bym mógł jej powiedzieć nowego, skoro wszystko zostało już powiedziane? A może straciłem okazję? Czy rzeczywiście wszystko zostało już powiedziane?
KONIEC
>Powrót na górę strony
Aurelia Es - "Dzień kobiet"
Wyróżnienie w w konkursie literackim organizowanym przez
Onet.pl - 2009
- Pani Kowalska! Pani Kowalska! - wzorem straganiarskich przekupek krzyczy dyrektor, prawie słyszy się "jajka za dwa grosze, jajka za dwa grosze, pomidory za złotówkie". - Pani Kowalska, pani pamięta, że akademię trzeba zrobić? Pamięta pani ... no ... na ósmego marca, wiadomo. Weźmie pani ... no ... Nowakową pani weźmie i jak jej tam ... Kwiatkowską i coś tam przygotujecie, tak?
Wymyślicie, przymierzycie, wyćwiczycie, dokroicie. Raz dwa lewa! Oddział śpiewa! Na prawo patrz!
- Tak, panie dyrektorze - Kowalska kurczy się w oczach, aż dziw, że jeszcze nie zginęła w fałdach kloszowej spódnicy, ostatniego wrzasku mody lat osiemdziesiątych, co za lalunia, co za melony, a jaka pupcia okrąglutka, gdzie te czasy, ach, te chłopaki z naszej klasy, gdzie tamte zaczepki ...
- Tak, panie dyrektorze - powtarza Kowalska, kto jak kto, ale ona przecież swoje obowiązki zna, w oświacie pracuje nie od dziś i idealistycznie kształtuje młode umysły, tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, a na ósmego marca scenariusz już poprzedniej nocy przygotowała, pieśni okolicznościowe wybrała, prześpiewała, gdyż zawsze można na niej polegać. Niezłomna, spolegliwa i dobrze do oczekiwań przełożonego nastrojona. Niczym sprawny instrument muzyczny, na którym i jazz, i blues, i quick step i kukuryku.
- To świetnie! - dyrektor pulchne łapki zaciera, uśmiecha się, bardzo jest z siebie zadowolony, trzeba przecież umieć zasobami ludzkimi zarządzać, palcem wskazywać, o tu tu, i tam tam, i jeszcze tutaj, tutaj, głos podnieść czasem, nie ze złośliwości, po ojcowsku, z życzliwości, żeby się dobrze kręciło i żeby każdy swoje miejsce znał
- No to do roboty - mówi i zachęcająco i ... jak jej tam ... Kowalską po ramieniu klepie.
- No to do roboty - Kowalska młodych aktorów wybiera (na ochotników niestety liczyć nie może), niech się dziatwa uczy kobietom szacunek okazywać. Zawsze. A na ósmego marca zwłaszcza.
/ Z okazji / Dnia Kobiet tej / Wielkiej radości / Życzymy wam / Panie wszelkiej / Pomyślności /
(O litości!)
- Nie tak, nie tak! - Kowalska się denerwuje, dla przykładu sama deklamuje, pauzy między wierszami robić należy tam, gdzie należy, tam gdzie logika nakazuje, tam gdzie przecinek występuje.
Kowalska ćwiczy, Nowak wycina z kartonu serca, kwiaty i "niech nam żyją" napisy, Kwiatkowska bębni na rozstrojonym pianinie (ale tylko trochę rozstrojonym) okolicznościowe pieśni ku pokrzepieniu niewieścich serc, praca wre, zapach peerelu miesza się z zapachem fasolki po bretońsku. Wiadomo, piątek po katolicku bezmięsny, dzień dla ducha, dla zadumy, kiszki marsza grają, oj, ty losie, ty losie, bez schabowego.
- Gotowe? - dyrektor głową kiwa, zębem błyska, gołym okiem widać, że gotowe, krwisto czerwone, pierś do przodu, różano - tulipanowe, po jednym tulipanie dla tej części zasobów ludzkich, która w formularzach i w ankietach płeć zaznacza literką "k".
Gotowe!
/ Z / Okazji dnia / Kobiet tej / Wielkiej / Radości życzymy / Wam panie / Wszelkiej / Pomyślności /
I gromkie brawa. Dyrektor "sto lat" intonuje, wszystko dla naszych pań, oby były piękne, zdrowe, bogate, uśmiechnięte, nie spracowane, wyondulowane, dobrze umalowane, umięśnione, po liftingu, może być po biotoksie. Żony, kochanki, kucharki, praczki, przedszkolanki, niańki, gejsze, pomywaczki, dekoratorki wnętrz, hydrauliczki, stolarki, psychoanalityczki ...
Zmysłowe tulipany prężą się erotycznie, wiadomo - świeże, młode, mają jeszcze do figlów ochotę. Z porannej dostawy, w hurcie po 20 gr. za sztukę. Nie pachną, ale panie wdzięcznie tulipany wąchają, noski umorusane, ach ach, jak miło, jak przyjemnie, spódniczki opięte, nogi splecione, oddech płytki. Takie święto tylko raz w roku, w roku tylko raz, cały świat się kręci, niech nam żyją, niech nam kwitną, niech nam owocują obficie!
Za kurtyną Kowalska, Nowak i Kwiatkowska sprzątają, młodzież upominają, cicho cicho, jeszcze nie koniec uroczystości. Tulipany do nich nie dotarły, ale poczucia dobrze spełnionego obowiązku nie zastąpi nic. Żaden tulipan, storczyk, czy czekoladka z likierem.
Tak więc, wszystkiego najlepszego kobitki!
KONIEC
>Powrót na górę strony
Agnieszka Lis "Psia chimera"
Pies szedł na szczudłach.
Nie mógł inaczej. Chodzenie na łapach było démodé, dlatego też w ostatnim roku wszystkie psy zakładały szczudła. Na co dzień cztery.
Od święta dwa.
Psi plebs po prostu chodził na dwóch tylnych łapach.
Ten konkretny pies kiedyś byłby nazywany pudlem. Kiedyś, to było dwa wieki temu.
Dzisiaj miał tułów wyczesanego pudla, uszy cocker-spaniela, a ogon krokodyla. Najładniejsze miał przednie łapy: pazury przekształciły się w szpony, a poduszki były opierzone. Elegancji dodawały mu skrzydła – pokryte skórą w lamparcie cętki. Całość wieńczył koguci czub.
Tego wieczora nasz pies miał zamiar oświadczyć się seksownej suce z sąsiedztwa. Dlatego też dzisiaj na szczudłach miał pantofle od Jimmiego Choo, a ogon przystroił świątecznymi lampkami.
Pies szedł na dwóch szczudłach, i tylko dlatego był psem, że szczekał.
Bo cóż to by był za pies, gdyby gdakał?
KONIEC
>Powrót na górę strony
Rafał - „Biegnij, Wariat, biegnij!”
Wariat wypadł z pędzącego pociągu. Silne kopnięcie dosłownie wyrzuciło go w czarną czeluść. Przez upiorną chwilę szybował z szeroko rozrzuconymi ramionami, jak ogromny, czarny ptak, trzepocząc skórzanym płaszczem. Przed oczami mignęła mu jeszcze rozmyta plama rozwartych drzwi i runął w nieznaną ciemność, rozdartą przeraźliwym krzykiem pędzącego na oślep pociągu.
Nie usłyszał już strzałów. Spadł na pochyłe zbocze nasypu kolejowego. Stoczył się z niego z opętańczą prędkością z trudem łapiąc oddech. Upadek był bolesny, poczuł ukłucie w lewym boku, prawie stracił przytomność, ale zimny powiem szybko go ocucił. Spadał koziołkując, obijając się o twardą ziemię, ocierając twarzą, kolanami, łokciami o kamienie i nierówności. Wreszcie uderzył barkiem o coś twardego i zatrzymał się.
Mimo szumu w uszach przysiągłby, że słyszy oddalający się gwizd nocnego pociągu. Jęknął i zakrztusił się ochrypłym kaszlem. Chciał się dźwignąć, ale ból w boku sparaliżował go. Upadł na twarz. Chciał się podeprzeć, ale lewa ręka odmówiła mu posłuszeństwa. Chrupnęło i znowu zderzył się z twardą ziemią. Krwawił z nosa. Prawie nic nie widział.
Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo uspokajając oddech. Starał się ocenić sytuację. Wiedział, że zaraz tu przyjdą, by się upewnić, że skręcił sobie kark. Prawa ręka, ku jego zadowoleniu, był sprawna. Podparł się na niej i usiadł.
Tak jak myślał, stoczył się kilkanaście metrów do nasypu, zatrzymując się na starej drewnianej beczce, która pękła na pół. Spojrzał na nogi. Nie były powykręcane w nienaturalny sposób, czego obawiał się najbardziej. Poruszył nimi. Zabolały. Mimo to zaryzykował i spróbował się podnieść. Syknął z bólu, zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Zrobił kilka niezdarnych kroków. Mógł chodzić, choć kulał na jedną nogę.
Gorzej było z lewą ręką. Nie mógł jej wyprostować i cała mu zdrętwiała. Mógł mieć też złamane kilka żeber. Odruchowo przejechał językiem po zębach. Poczuł słodki smak krwi. Dwie dolne jedynki chwiały się nieznacznie. Splunął i zatoczył się na połamaną beczkę.
Nie miał wiele czasu. Nawet, jeżeli nie zaryzykowali i nie wyskoczyli za nim, najbliższa staja była tuż za rogiem. Przetarł rękawem krew, która sączyła się z rozciętego łuku brwiowego i poczłapał w stronę rozmytych świateł.
Wyszedł ostrożnie z zarośli i stanął na rogu bocznej ulicy. Na jej końcu migotał blady neon baru. Znał to miejsce. Nie powinien tu się pokazywać nawet w biały dzień, a tym bardziej ledwo żywy w środku nocy. Nie miał jednak innego wyjścia.
Bar pył prawie pusty, nie licząc dwóch drzemiących pijaków. Właściciel, gruby hindus, czyścił nieśpiesznie porysowaną szklankę. Słysząc dzwonek sygnalizujący przyjście gościa podniósł powoli wzrok i zbladł.
- Wariat, co ty tutaj…?
- Leo, nie mam czasu. Gonią mnie.
- Widzieli, jak tu wszedłeś? – Spytała barman i rozejrzał się dookoła.
- Nie, nie sądzę. Mam nad nimi małą przewagę, ale zaraz tu będą.
- Łańcuchy. – Stwierdził wyglądając przez witrynę.
- Nie, inny gang. Nie chciałbyś wiedzieć, który.
Hindus popatrzył na niego z namysłem.
- Nie powinieneś tu przychodzić. To teren Łańcuchów. Wyznaczyli nagrodę za twój biały tyłek. Jeżeli cię tu znajdę, ja też będę miał kłopoty.
- Leo, przepraszam, ale nie miałem gdzie pójść. Ktoś mnie wrobił.
- Nie powinieneś tu wracać. – Powiedział hindus i sprawnym ruchem wyjął spod lady dwururkę.
- Myślałem, że byliśmy przyjaciółmi.
- Dawne czasy, Wariat.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Z końca ulicy dobiegły ich przytłumione głosy.
- Masz pięć sekund. – Syknął Leo – Raz, dwa…
Wariat nie czekał. Wybiegł z baru, gdy hindus wystrzelił. Kula przeszła przez szybę i zrykoszetowała od chodnika. Mimo bólu w nodze przebiegł kilkadziesiąt metrów w dół ulicy. Na jej rogu przystanął, by ujrzeć pochylone sylwetki goniących go ludzi. Było ich trzech. Wiedział, że nie spoczną, dopóki go nie dopadną. Gonili go nawet przez terytorium obcego gangu. Wariat wiedział, że w tym stanie daleko im nie ucieknie. Mimo to nie miał zamiaru tanio sprzedać swojego życia. Szaleństwo było jego metodą. Nie na darmo nosił swój przydomek.
Zacisnął zęby i biegł dalej. Potrzebował samochodu lub broni. Minął dwie obskurne kamienice. Zimny wiatr dmuchnął mu w twarz przynosząc zapach drzew. Skręcił w lewo i ujrzał żeliwna bramę do Kostnicy, tak miejscowi nazywali miejski park.
Zawahał się, ale tylko na moment, słysząc za plecami kroki biegnących mężczyzn. Gdy wyskoczyli zza rogu przedzierał się już przez Kostnicę, na przełaj, kierując się do ruin starego obserwatorium, gdzie park był najbardziej dziki. Przyśpieszył. Strach jest najlepszych środkiem przeciwbólowym. Wiedział, że są tuż za nim. Jeżeli tylko zdoła dopaść ruin, być może uda mu się ich zgubić w gęstych zaroślach i plątaninie starych żywopłotów.
Pierwszy strzał prawie urwał mu lewe ucho. Drugi odłupał spory kawałek kory z pobliskiego drzewa. Wariat skulił się odruchowo, ale biegł dalej, licząc na otaczające go ciemności i ułud szczęścia.
Gdy dopadł ruin, z początku ich nie zauważył. Porośnięta bluszczem ściana dawnego obserwatorium wyłoniła się nagle z gęstego mroku, niczym drzemiący olbrzym. Wariat przyległ plecami do popękanego muru. Nie mógł ich jeszcze dostrzec, ale wyraźnie słyszał coraz bliższe oddechy ścigających go mężczyzn.
Nagle poczuł na gardle lodowaty dotyk. Znieruchomiał, zdając sobie sprawę, iż jeden gwałtowny ruch i nieznajomy poderżnie mu gardło.
- Wariat. – szepnął.
- Co? – usłyszał ochrypły głos.
- Mówię, że jestem Wariat, byłem kiedyś szefem Łańcuchów.
Odgłosy goniących go mężczyzn były coraz bliższe. Choć wciąż byli niewidoczni, w każdej chwili mogli wypaść z ciemności.
Już stracił nadzieję, gdy silna dłoń pociągnęła go do tyłu. Oszołomiony, że wciąż żyje, szedł posłusznie za cieniem człowieka, który przed chwilą trzymał mu nóż na gardle. Nieznajomy zaprowadził go do małej niszy, gęsto porosłej bluszczem. Usiedli w niej w absolutnym milczeniu nasłuchując głosów krążących wokół mężczyzn.
Gdy kroki i przekleństwa ucichły głos z ciemności odezwał się:
- Naprawdę jesteś Wariat?
- Naprawdę.
- Słyszałem, że nie żyjesz.
- Mało mi już brakuje.
- Czego oni od ciebie chcieli?
- Pewnie pogadać o pogodzie – wysilił się na żart Wariat.
- Nie są stąd. – Stwierdził obojętnie głos.
- Nie, to zabijaki zza torów.
- Znałem kiedyś Wariata, który był szefem największego gangu w tej zawszonej dzielnicy.
Wariat milczał starając się wyłowić z ciemności twarz swego wybawcy. Wreszcie powiedział:
- Muszę zadzwonić z jakiegoś bezpiecznego miejsca. Znasz takie?
- Znałem kiedyś Wariata – mówił dalej głos, tak jakby nie słyszał jego pytania. – Masz.
Poczuł jak jego prawa dłoń napotyka na zimny dotyk metalu. Pistolet – przeszło mu nagle przez myśl.
- A teraz wypierdalaj.
Odruchowo cofnął się o krok i wychynął z kryjówki. Przez chwilę stał zdezorientowany czekając, aż ktoś do niego strzeli lub powali go silnym ciosem.
- Biegnij na północ, do Motopupu. – usłyszał znów ochrypły głos. – Tylko trzymaj się z dala od stawów i głównego boiska.
Wariat sprawdził broń i z zadowoleniem stwierdził, że jest nabita. Odbezpieczył i zapominając o zwichniętej nodze i kilku innych urazach pobiegł wąską alejką.
Gdy znalazł się przy północnym obrzeżu parku przykucnął i przez chwilę nasłuchiwał. Wiedział, że jeżeli wejdzie w słabe światło latarni, będzie łatwym celem. Nie miał jednak wyjścia, musiał zaryzykować. Z każdą minutą tracił siły.
Przygarbiony wytoczył się z ukrycia i w tym momencie ich zobaczył. Wyszli kilkadziesiąt metrów dalej. Podobnie jak on, rozglądając się na wszystkie strony. Spostrzegli się niemal równocześnie. Rzucili się w jego stronę bez zbędnych słów, jak stado wygłodniałych wilków.
Wariat przykląkł i wycelował. Strzał kompletnie ich zaskoczył. Wariat wystrzelił jeszcze dwa razy i rzucił się w stronę migoczących latarni. Biegł najszybciej jak potrafił, w każdej chwili oczekując kuli, która przeszyje mu plecy.
Nic takiego się jednak nie stało. Musieli być naprawdę zaskoczeni. Wiedzieli przecież, że swój pistolet stracił w pociągu, chwilę po tym jak zastrzelił z niego ich przywódcę. Gruby Tolo i ten jego zasrany gang. Ktoś musiał go sprzątnąć. Były z nim same kłopoty. Mieszał się do innych dzielnic, pyskował, nie szanował reguł miasta.
Wariat wypalił mu prosto w twarz z odległości dwóch metrów. Trzeba mieć jaja, by zabić człowieka z takiej odległości. Zastrzelił go w przedziale nocnego pociągu, Gruby Lolo wpychał właśnie w usta kolejnego hamburgera. Miało nie być ochrony, mieli być sami. Ale czy w dzisiejszych czasach można komuś wierzyć? Nagle ktoś wytrącił mu pistolet z ręki, a potem wykopał go z pędzącego pociągu.
Nie odpuszczą mi – pomyślał biegnąc w stronę Motopubu.. Zostało mu jeszcze kilkadziesiąt metrów. Pieprzone kilkadziesiąt metrów! Już widział charakterystyczne, szerokie drzwi nocnej knajpy. Musiał tylko do nich dobiec.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Katarzyna Popiel - "Złote pióro"
Przed podróżą zawsze odczuwam niepokój, nawet jeśli nie wybieram się daleko. Objawia się to bólem żołądka i bezsennością. Toteż niewiele podróżuję. Zresztą w swoim mieście mam wszystko, czego mi trzeba. Nie odczuwam żądzy przygód i nie rozumiem ludzi, którzy wciąż gdzieś gonią, jakby nie mogli znaleźć sobie miejsca. Na dłużej opuszczam swoje kawalerskie mieszkanie tylko raz w miesiącu, gdy jadę do X zobaczyć się z mamą. Tak rzadkie odwiedziny nie oznaczają bynajmniej braku synowskich uczuć z mojej strony. Wręcz przeciwnie, mamę i mnie łączy szczególna, naprawdę wyjątkowa więź. Niektórzy twierdzą, że mimo przekroczonej czterdziestki wciąż trzymam się jej spódnicy, ale to zwykła złośliwość. Mieszkamy dość daleko od siebie, więc na co dzień kontaktujemy się tylko telefonicznie. Raz w miesiącu wpadam do niej na kilka dni.
Tego właśnie ranka przypadał termin comiesięcznej wyprawy. Oczywiście poprzedniego wieczoru dał o sobie znać mój delikatny żołądek, nie mogłem więc zjeść kolacji. Kiedy wreszcie położyłem się do łóżka, mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Nie uznaję proszków nasennych, więc próbowałem liczenia baranów, odprężających myśli i wszystkich innych sposobów, jakie przyszły mi do głowy. Bez skutku. Dopiero, gdy niebo za oknem zaczęło rozjaśniać się przed świtem, udało mi się w końcu zasnąć. Wtedy właśnie przyśnił mi się najdziwniejszy sen w życiu.
Przyśniło mi się, że siedzę już w przedziale pociągu i zbliżam się do Y, stacji, na której zawsze przesiadam się do pociągu do X. Kiedy pociąg wjechał na stację, wziąłem z półki neseser i wyszedłem na rozświetlony wiosennym słońcem peron. Kupiłem bilet do X. Do odjazdu zostało pół godziny, które postanowiłem spędzić tak samo jak zawsze, czyli w dworcowej kawiarence. W przeciwieństwie do większości tego typu miejsc, ten lokal był czysty i całkiem przytulny. Usiadłem w rogu sali i zamówiłem herbatę z cytryną. Sącząc powoli gorący napój, zająłem się czytaniem gazety. Dość szybko poczułem pieczenie w oczach, a mimo przetarcia okularów litery zaczęły się rozmazywać. Uznałem, że to skutek braku snu. Złożyłem więc gazetę i zacząłem obserwować innych gości.
Wtedy właśnie ją ujrzałem. Kobieta siedząca dwa stoliki dalej swoim wyglądem zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Miała na sobie puszyste futro, wyraźnie bardzo drogie, i osłaniający twarz kapelusz z szerokim rondem. Kto dziś nosi takie kapelusze? Zwróciłem też uwagę na smukłe dłonie w zamszowych rękawiczkach. Tego rodzaju kobiet nie spotyka się na dworcach, można najwyżej o nich marzyć. Albo dostrzec ich mglistą sylwetkę za przyciemnioną szybą czarnej limuzyny. Tymczasem ona, widocznie nieświadoma pełnych podziwu spojrzeń obsługi i pozostałych gości, siedziała spokojnie przy kawiarnianym stoliku. Eleganckim złotym piórem pisała coś w czarnym notesie.
Patrzyłem na nią zafascynowany szczupłymi nogami w delikatnych pończochach, idealnym wykrojem uszu widocznych spod kapelusza. Nie widziałem reszty twarzy pochylonej nad notesem. Nawet, gdy przestała pisać i podeszła do baru, żeby zapłacić za kawę, nie zobaczyłem jej oczu. Uznałem, że ma jakieś 38 do 40 lat, czyli niewiele mniej niż ja.
Z transu wyrwał mnie głos zapowiadający przez głośnik, że pociąg do X wjeżdża na peron. Przerażony, że mogę się spóźnić, zerwałem się z miejsca chwilę po tym, jak zjawiskowa kobieta znikła za drzwiami. Porwałem neseser i chciałem już wyjść, gdy moją uwagę zwróciło złote pióro pozostawione na stoliku eleganckiej nieznajomej. Chwyciłem je bezmyślnie i pospieszyłem na zewnątrz. Pociągu jeszcze nie było, ale na pustym peronie ponownie zobaczyłem tę samą kobietę. Stała samotnie. Podszedłem do niej z mocno bijącym sercem.
- Przepraszam bardzo...
- Tak? – spod kapelusza spojrzały na mnie ciemne, prawie czarne oczy otoczone długimi rzęsami. Delikatny makijaż nadawał jej twarzy szczególny wyraz dyskretnej elegancji, a ciemnoczerwona szminka podkreślała idealny wykrój warg. Kobieta patrzyła na mnie z uprzejmym uśmiechem, jakby spodziewała się naszego spotkania. Od tego spojrzenia zaschło mi w ustach i zabrakło słów. Mamrocząc coś bez ładu i składu podałem jej pióro trzymane do tej pory kurczowo w spoconej dłoni.
- Ach! – jej twarz przybrała wyraz zaskoczenia. – Bardzo panu dziękuję, to pamiątka rodzinna. Bardzo miło, że zechciał się pan fatygować...
Po chwili milczenia jeszcze raz obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem.
- Czy jedzie pan do X?
Potwierdziłem drżącym głosem, a wtedy ona zarumieniła się lekko i powiedziała:
- Więc może mógłby mi pan dotrzymać towarzystwa? Porozmawiamy i czas szybciej minie... – mówiła niepewnie, jakby zaskoczona własną śmiałością. Nie dowierzając swemu szczęściu, zgodziłem się prędko, żeby nie zdążyła się rozmyślić. Właśnie wtedy nadjechał pociąg: z piskiem kół i w obłoku pary. Pomogłem jej wsiąść.
W przedziale nie było nikogo prócz nas, więc mogliśmy rozmawiać swobodnie. Po godzinie wiedzieliśmy już o sobie niemal wszystko. Piękna nieznajoma miała na imię Irena. Była wdową i to bardzo bogatą, bo mąż zostawił jej w spadku świetnie prosperujące przedsiębiorstwo. Interesy pochłaniały jej sporo czasu, tak że niewiele go miała dla siebie. Bardzo żałowała, że nie ma dzieci, i ze względu na brak bliskiej rodziny często doskwierała jej samotność. Z jej słów wyłaniał się obraz kobiety, o jakiej zawsze marzyłem: stanowczej, zdecydowanej, a zarazem wrażliwej i pełnej ciepła. Gdy już przezwyciężyłem początkową nieśmiałość, okazało się, że rozmawiamy ze sobą jak wieloletni przyjaciele.
Podróż zbliżała się ku końcowi, gdy moja towarzyszka podróży zamilkła i zamyśliła się. Po chwili zerknęła na mnie i powiedziała cicho:
- Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej zaczynam wierzyć we wróżby... – a widząc moją zdziwioną minę dodała: - Do X jeżdżę regularnie, raz w miesiącu, na grób męża. Ale nigdy dotąd nie jechałam tam pociągiem. Zazwyczaj wozi mnie mój szofer. Jestem tu więc tylko dlatego, że wczoraj wybrałam się do wróżki. Nie, żebym wierzyła w jakieś zabobony... Staram się twardo stąpać po ziemi. Wczoraj jednak czułam się tak okropnie samotna! Myślałam, że już nigdy w życiu nie spotka mnie nic pięknego. Że została tylko praca i oczekiwanie na zbliżającą się starość. Z tą myślą szłam ulicą, gdy nagle zobaczyłam szyld i wejście do kantorku wróżki. Zupełnie, jakby wyrósł tam chwilę wcześniej tylko po to, żebym mogła go ujrzeć. Weszłam bez zastanowienia i poprosiłam o przepowiednię. Nie było tam nic niezwykłego: żadnych świec, czarnych kotów... Tylko starsza kobieta, która przyjrzała mi się uważnie, potem siadła przy małym stoliku i rozłożyła karty. Powiedziała, że jestem wdową i zdobyłam w życiu wszystko prócz miłości. To prawda. Powiedziała też, że wybieram się w podróż. To też się zgadzało. Dodała, że mężczyzna mojego życia jest niedaleko i jeśli chcę go spotkać, muszę w zaplanowaną podróż wybrać się koleją. Uśmiechnęłam się tylko na takie rewelacje, ale zapłaciłam i wyszłam nie wierząc w przepowiednię. W nocy jednak, kiedy nie mogłam zasnąć sama w wielkim małżeńskim łożu, zaczęłam się zastanawiać. Pomyślałam: a co, jeśli to prawda? Jeśli, nie decydując się na jazdę pociągiem, stracę jakąś szansę? Myśl, że z powodu wieloletnich przyzwyczajeń mogę coś przegapić, sprawiła, że rano kupiłam bilet i teraz jestem tu z tobą. Im lepiej się poznajemy, tym bardziej zastanawiam się, czy wróżka rzeczywiście zobaczyła moją przyszłość...
Na jej twarzy wykwitł rumieniec i ze wstydem opuściła głowę. Mówiła jednak dalej:
- Zawsze marzyłam o kimś takim, jak ty: czułym, wrażliwym, trochę nieśmiałym mężczyźnie.. O kimś, kim mogłabym się zaopiekować i chronić przed drobnymi niewygodami codziennego życia...
Wtedy, z bolesnym skurczem żołądka, uświadomiłem sobie, że śnię, a siedząca naprzeciwko mnie kobieta nie jest realną istotą. Zrozumiałem, że wcale nie jadę pociągiem zbliżając się do celu podróży, ale wciąż spoczywam we własnym łóżku śniąc o miłości, jaka w życiu się nie przydarza. Bo czy jest możliwe, żeby piękna i bogata kobieta po dwóch godzinach wspólnej podróży wyznawała uczucie czterdziestopięcioletniemu kawalerowi na skromnej urzędniczej posadzie...
Odkrycie to tak mnie przeraziło, że obudziłem się zlany zimnym potem. Spojrzawszy na zegarek stwierdziłem, że przez sen nie usłyszałem budzika i zaspałem o całą godzinę. Coś takiego nie zdarzyło mi się od ponad dwudziestu lat! Ubrałem się w pośpiechu, do którego nie przywykłem i który z pewnością odchoruję. Kiedy jednak wpadłem wreszcie na stację, pociąg do Y już odjechał. Na szczęście okazało się, że za kilka minut przyjeżdża następny. Istniała więc jeszcze nadzieja, że dotrę do Y na czas.
Przez całą podróż spoglądałem nerwowo na zegarek, a gdy w Y wpadłem na właściwy peron, z bezsilną wściekłością dojrzałem znikający w oddali pociąg do X. Dysząc ze zmęczenia i zdenerwowania powlokłem się do kasy, gdzie poinformowano mnie, że następny pociąg nadjedzie dopiero za godzinę. Pozostało mi tylko czekanie. Zadzwoniłem do mamy z wieścią, że tym razem przyjadę nieco później. Naturalnie zdenerwowała się, biedaczka. Dłuższą chwilę zabrało mi zapewnianie jej, że jestem zdrów i nie stało się nic złego. Potem udałem się, jak zwykle, do dworcowej kawiarenki, żeby poczytać gazetę przy filiżance herbaty. Ogarnięty ponurym nastrojem nie patrzyłem nawet, gdzie siadam. Dopiero po kilku sekundach moje spojrzenie przykuł jakiś błysk na obrusie. Opuściłem gazetę i przyjrzałem się uważnie.
Kelner nie zdążył jeszcze sprzątnąć stolika po poprzednim gościu. Przede mną stała niedopita filiżanka kawy z odciśniętym na brzegu śladem czerwonej szminki. Obok niej leżało zupełnie niepasujące do tego miejsca, eleganckie złote pióro.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Kamila Matla - "Rotututu…nda"
Jestem tu od zawsze. Właśnie przyjechałam.
Zbliżam się do kolejnego węzła podróży. Tramwaj nr 7, trasa Kawęczyńska (Dworzec Wschodni) – Okęcie (Dworzec Centralny). Kupię bilet do Łodzi. Albo do Budapesztu, jeśli będzie połączenie w ciągu najbliższych dwóch godzin. Dłużej zabawić tu nie chcę. Chcę się zabawić. Póki mam kawałek czasu łamane na świra w głowie.
Stoję tu dłuższą kamienną chwilę. Kamienną, bo bez początku, końca czy historii. Stoję w tym miejscu jak czas.
Musi się coś wydarzyć. Wiem. Wkrótce. Stoję cierpliwie, a mżawka psuje mi fryzurę (uczesałam się) i makijaż (korektor na nosie).
Po prawej macie Państwo budynek PKO, zwany przez warszawiaków Rotundą, z uwagi na swój charakterystyczny kształt.
Dobre sobie. Z tego samego powodu mnie nazywali w domu Szczurem.
Mam w środku przewodnika, GPSa i bodyguarda. To szaleństwo, jechać tam samej.
Stąd mam lepszą perspektywę niż koliber na billboardzie Netii za mną. Kiedyś reklamowali na tej ścianie koniec wolności. Nadejście ery szybkiego Internetu.
Też mam dosyć wolności. Źle mną kieruje. Światła się zmieniły już sto razy, a ja ciągle stoję na tym samym skrzyżowaniu.
Na tym skrzyżowaniu trochę postoimy. Awaria prądu. Światła nie działają. Pada, mam dach nad głową i miejsce z alibi (bagaż i spojrzenie zombie). Szczęściara, jak zwykle pod szczególną opieką losu.
To wygląda jak spodek UFO, który kiedyś z hukiem wbił się w ziemię i tak już został. Skłębione warstwy kurzu i smogu doprowadzą go kiedyś do idealnej obłości. Z wydeptanym korytarzem do bankomatu. Chyba że koniec świata zmiłuje się nad nami wszystkimi.
Ta szarość ma potencjał wszystkich kolorów.
Jeśli ma się rozszczepić, to nastąpi to za chwilę. Kamienną małą chwilę.
W strumieniach deszczu strumień ludzi z/do przejścia podziemnego płynie wolniej. Oczy wypatrują siebie nawzajem z mniejszą intensywnością. Częściej patrzą w niebo.
Nad Centralnym wstaje łuna światła.
Mam dość tego czekania. W umorusanych oknach rotundy przegląda się tramwaj nr 7. Z rozpłyniętym makijażem i zepsutą fryzurą nie wygląda zbyt korzystnie. Ale uśmiecha się lekko. Prąd już płynie. Deszcz już spłynął. Ruszamy.
Patrzę jak moja twarz spływa w odbiciu brunatnej szyby. Widzę siebie coraz słabiej, więc zawieszam wzrok na pobliskim bliźniaku budek telefonicznych. Myślę o wszystkich ekscytujących historiach, których doświadczyły, nie ruszając się stąd ani o cal. Rysy, napisy, siniaki i ślina.
W filmach zwykle oczekiwanie przerywało obiecująco groźne ring-ring. Nastawiam uszu, na wszelki wypadek. Szelest słów, szelest słów i smsów („Ciemność, widzę ciemność”, szczeknął Pazura w twojej kieszeni). Odbicie spłynęło, łuna rusza z toru piątego przy peronie trzecim. Szybciej i szybciej.
Jedziemy pod słońce. Chłoniemy i odbijamy światło. UFO popatruje na nas kątem trzystu sześćdziesięciu stopni. Oparta o H&M monstrualna blondynka majta nonszalancko nowym butem w niebo.
Jedziemy w kosmos. Jakiś, inny.
Przestrzeń wokół przyspiesza. Jak na filmie Koyaanisqatsi, stoję
patrzę
chodnik ruchomy po prędkość światła, światła prędkie po barwne smugi, utrzymuję chwiejny pion.
Słowa szeleszczą. Szeleszczą miękko tysiącem perspektyw.
Nagle orientuję się, że przestałam je rozumieć. Język szemrze jak strumień, łaskocze. Nie znaczy nic.
Nareszcie czuję się bezpieczna.
W środku biegnę. W twojej głowie biegnę. Z trudem wyczekam ten jeden przystanek.
Nie ma innego świata. Sen Szekspira, filmy, słowa na papierku, odbicia w szybach –
Mój język nic nie znaczy i dawno już przestało padać.
Potok słów głuchnie w słońcu.
i) Jaki koliber?? Nie koliber, a warzęcha różowa, łac. Ajaia ajaia…. ajajajaj.
Ale ignorancja pomaga odwadze.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Agnieszka Farkowska - "Herbatka u pani Anieli"
- Zrobię jeszcze herbatki, Krysiu. – pani Aniela wzięła głęboki wdech, oparła się o rączki fotela, poczekała chwilę i powoli się podciągnęła. – Starość nie radość. Ale co ja ci będę mówić. Sama wiesz.
Uśmiechnęła się bez przekonania i ruszyła do kuchni. Krok za krokiem. Szuuuu... Szuranie wypełniło pokój, odbiło się od stolika kawowego, przesunęło się po pluszu dwóch brązowych foteli i wsiąkło w meblościankę, stojącą obok wejścia do kuchni. Drzwi kuchenne zakołysały się za panią Anielą jak w saloonie. O tak, jak w saloonie. Choć to nie Dziki Zachód, świat wydaje się pani Anieli dziki nierzadko.
To nie Dziki Zachód. To polskie miasteczko. Kamienica w starym budownictwie. Mają tu w starym budownictwie wysokie sufity, ktorymi zachwyciła się narzeczona wnuka, aspirująca projektantka wnętrz. Piece, które niektórzy polikwidowali i zyskali tym sposobem dobry metr powierzchni mieszkalnej. Duszę, o której piszą w ogłoszeniach „Nieruchomości”. I duchy, o których nie tylko nie piszą, ale nie mówią nawet szeptem. Stara pani Aniela i stare budownictwo... oboje mają wiele tajemnic i oboje się sypią.
Pani Aniela mieszka na parterze. Co za szczęście! Obok rodzina Kusynowych z czwórką dzieci. Dobrzy ludzie, choć mąż czasem popija. Na piętrze małżeństwo Kwietniewskich. Za rok oboje przejdą na emeryturę. A dalej Monika. Studentka, która została sama po śmierci babci, jej jedynej krewnej. Pani Aniela lubi sąsiadów. Sąsiedzi lubią panią Anielę. Tak się mieszka w starym budownictwie. Pani Aniela lubi też przyjmować gości.
- Wiem, wiem, pamiętam, nie słodzisz. Ale ciasteczka przyniosę. Kupiłam kokosanki. Czułam, że mnie odwiedzisz.
Słowa zagłuszane stukaniem talerzyków i sztućców dobiegły z głębin kuchni. Chwilę później w drzwiach pokazała się pani Aniela. Na stoliku postawiła tacę z kryształową salaterką pełną kokosanek i dwiema szklankami herbaty. Zanim usiadła, wyjrzała za okno.
- Patrz, jak ta zima nie odpuszcza. A ja mam reumatyzm, wiesz.
Za oknem śnieg, a kalendarz, wiszący obok meblościanki, wciąż otwarty na sierpniu. Na zdjęciu słonecznie, zielono. Dlaczego kalendarz jest otwarty na sierpniu? Czy to zaklinanie czasu, żeby stanął? Czy demencja starcza? I jeszcze jedno: z którego roku jest ten kalendarz?
- Zdrowie nie to, ale co ja ci będę mówić. Tak dobrze cię widzieć. Dawno mnie nie odwiedzałaś, a tu tyle...
Przerwał jej dzwonek u drzwi. Pani Aniela powoli zaczęła wstawać. A kiedy szuranie objęło pokój, wbił się w nie kolejny dzwonek.
- Już już! Ci ludzie! Wiecznie im się spieszy!
Po drodze pani Aniela spojrzała na swojego gościa. Uśmiechnęła się. Piękny uśmiech. Ciężkie kroki. Jedno i drugie jak ze zwolnionego filmu. W końcu jednak pani Aniela otworzyła drzwi. Stała za nimi młoda kobieta. Z puchowej kurtki wystawała cieńka, długa szyja. Kurtka była wyraźnie za duża albo właścicielka za chuda. Najprawdopodobniej i to i to.
- A! Witaj, Moniczko! Co tam?
- Przyszłam powiedzieć, że w przyszły piątek będzie msza za babcię. Druga rocznica śmierci.
- No tak. No tak, moje dziecko. Dziękuję. A co u ciebie?
- E tam. U mnie. Niedługo sesja.
- Ty zawsze sama. Nikt cię nie odwiedza. A my z twoją babcią ciągle się odwiedzałyśmy. Bardzo się lubiłyśmy. Zresztą nadal się lubimy.
Zwykle w rozmowie z panią Anielą Monika patrzyła na futrynę, na sufit, na podłogę, na ręce i na co popadło. Tym razem spojrzała na panią Anielę. I to spojrzała badawczo.
- To ja już pójdę.
Pani Aniela zobaczyła znikające na schodach zabłocone obcasy. Powolutku wróciła do pokoju i usiadła na jednym z pluszowych foteli.
- Twoja wnuczka była. Napijesz się jeszcze herbaty?
- Chętnie, Anielciu.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Julia Jackiewicz - "Każdy deszczowy dzień. Powroty."
Kiedy wróciłeś, czułem jakby, nie przymierzając, ktoś rąbnął mnie w głowę naprawdę pokaźnym młotkiem. Nie mówię, że był to niebezpieczny młotek, taki bardzo twardy, z ostrą końcówką do wyciągania gwoździ. Ale myślę że spory gumowy młot wywołałby mniej więcej tą samą reakcję jaką wywołałeś ty. Stałem na progu, z uchylonymi ustami, a ty czekałeś tylko na mojej ohydnej, pomarańczowej wycieraczce z walizką w ręku, zziębnięty.
Krople deszczu kapiące Ci z nosa moczyły nieskazitelną posadzkę i, paradoksalnie, to przeszkadzało mi najbardziej. Patrzyłem na Ciebie z niedowierzaniem, myślałeś pewnie, że nie spodziewałem się już Ciebie zobaczyć? Pewnie, że się spodziewałem. Czekałem bez przerwy przez te cholernie długie miesiące. Kiedy następnego dnia, zaraz po twoim odejściu do pół – pustego mieszkania zapukał listonosz, złamałem mu nos drzwiami, przestraszywszy się gdy zauważyłem, że nie był tobą. Nie, moje niedowierzanie nie wynikało ze zdziwienia, że wróciłeś, przecież znam Cię, wiedziałem że tak będzie. Wynikało z tego najprostszego faktu, że wiedząc o mojej nachalnej pedanterii ośmielasz się, wróciwszy po tych wszystkich tygodniach, zmoczyć mi posadzkę. Widząc jak kolejne krople rozlewają się po wypastowanym i wypięknionym drewnie, pomyślałem nawet przez chwilę, czy nie wyrzucić Cię za drzwi. Przetrwałem cztery miesiące, to przetrwam jeszcze do końca tej ulewy, mówiłem sobie. A potem poczekam aż wyschniesz i wciągnę się z powrotem do domu. Zacząłem już rozmyślać, jaki film wypożyczymy, jak tylko się wypogodzi.
Zobaczyłem jak wyciągasz rękę w moim kierunku, widziałem już nas jak w kadrze filmu, pogładziłbyś mnie po policzku i przeprosił.
Nie wiem w zasadzie, jak znając Cię tyle czasu mogłem nawet pomyśleć o czymś takim. Uśmiechnąłeś się, lekko zauważalnie, złośliwie. Zęby szczęknęły i zabolały, kiedy zirytowany moim idiotycznym wyrazem twarzy zatrzasnąłeś uchylone usta. Skrzywiłem się, a ty nic sobie z tego nie robiąc przeszedłeś koło mnie i sam zaprosiłeś się do środka. Może to i dobrze, gdyby nie to, do samej śmierci stalibyśmy tam i czekali aż zareaguję bardziej twórczo niż wpatrując się we własną posadzkę.
I w ten prosty sposób z powrotem wkroczyłeś w moje życie, bez płaczu i patosu, za to z plamami na ciemnych, dębowych deskach podłogi. Niedługo potem plamy zmieniły się w rozproszone po całej kuchni okruszki z chleba, kluczyki do samochodu skitrane za telewizorem kiedy już jestem spóźniony i stłuczoną popielniczkę, kieliszek i ulubiony kubek. Z rozmachem wkroczyły w nasze – już wspólne! – życie, złe spojrzenia sąsiadów i obelgi wysprejowane na ścianie, po prawej stronie od drzwi naszego mieszkania. Pamiętam, spray był zielony. Lubię zieleń, ale w tamtym momencie nie podobała mi się i zresztą to chyba nic dziwnego? Pamiętam jak myśleliśmy wtedy czy nie dać sobie spokoju, odpuścić. Już miałeś znów się wyprowadzać, kiedy zobaczyłem jak specjalnie dla mnie zgarniasz okruchy z blatu, stwierdziwszy że na podłodze mniej je widać i stwierdziłem, że nigdzie nie idziesz.
I wcale nie jest fajnie, sąsiedzi nadal patrzą bykiem, a do zamalowania sprayu nikt się chyba nie pali. Ale wydaje mi się, że jestem szczęśliwy, przez samą świadomość faktu, że wiem że zawsze wrócisz. Za każdym razem kiedy wyjdziesz kupić sok czy papierosy i za każdym razem gdy wybiegasz z domu, trzaskając drzwiami. Bo choć jest źle gdy jesteś, to chyba jest gorzej gdy cię nie ma. A najlepiej jest – gdy wracasz, mimo okruchów i plam.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Dominika Jagiełło - "Velasquez – praca domowa nt. książki"
...
Nigdy nie byłam zbyt atrakcyjna, nie przykuwałam wzroku jak niektóre. Nie, taki stan rzeczy absolutnie nie wpędził mnie w kompleksy, ale z wiekiem zaczęło mi przeszkadzać to, iż mimo wartościowego wnętrza i nie zgorszej aparycji nikt mnie nie chce. To bolesne, szczególnie gdy się jest w takim miejscu jak to: eleganckie, intymne, urządzone ze smakiem, pełne nadziei i wydawałoby się, spełnionych obietnic. I klienci. Najwyższego sortu. Miałam do czynienia z wieloma, więc wiem co mówię. Delikatni, wysublimowani, pochodzący z zupełnie innego świata niż ten, który pamiętam z dawnych miejsc.
Tam przychodzili sami maniacy – ledwie uchwycili wzrokiem którąś z nas i już wbijali te swoje gorejące żądzą oczy w nasze ciała, by po chwili szarpnąć, rozewrzeć, obmacać. Ohyda!. Ale tam przynajmniej istniałam, ktoś mnie zauważał.. Co prawda moje marzenia o tym, że spotkam wreszcie kogoś, kto mnie zabierze i rozpocznę nowe życie nie spełniły się. Ponoć byłam cenna, ale nie trafiałam w gusta. Więc: niby cenna, a nieatrakcyjna. Jak to może być? - myślałam. Zbyt cenna by być wolna? Za nudna? Za brzydka?. No, ale czasy się zmieniły, zmienił się też Panujący, który kupił nas hurtem jak się kupuje paszę lub cement i jestem gdzie jestem. Samotna.
...
Zbudziła mnie rozmowa „koleżanek”. Wtulone w siebie z frustracją w głosie komentowały nowo przybyłych klientów. Zwykle tego nie robimy, każda modli się w duchu by to ją właśnie wybrano. Tym razem jednak przyszła niezamożna trójka: ona i dwóch kompanów. Oglądacze. Przychodzą tu tacy czasami, ubrani jak oberwańcy. Żadnych zamiarów prócz gapienia się na nas. Za to też powinni płacić!
I wtedy podeszła do mnie ta bezczelna dziewczyna, która wyglądała jakby wyniosłość z frustracją złączyły się w bojowym tańcu. Zamarłam, ale ku mojemu zdziwieniu dotknęła mnie niemal z namaszczeniem, pogładziła, uśmiechnęła się i spojrzała w moje wnętrze. Czułam, że zaraz się rozpadnę, tak drżałam w nadziei. Weź mnie, proszę weź – szeptałam. Dziewczyna odwróciła wzrok.
- Ile za nią? – spytała Panującego. Jaki pewny miała głos! Prześwidrował mnie niemal do utraty tchu. Panujący coś odpowiedział, dziewczyna trzymała mnie mocno, a ja już byłam w innym świecie. I wtem – trach, skończone.
Dziewczyna patrząc czy Panujący ją obserwuje, wykorzystała moment i wcisnęła mnie w czeluść, do tej zatęchłej dziury, do tej części gdzie NIKT nie zagląda, która jest zaprzeczeniem elegancji tego miejsca. Pełno tu okruchów, kurzu i Bóg wie czego jeszcze. Panujący dba tylko pozory. Póki powierzchownie wszystko jest śliczne i pachnące nie ma co się przejmować jakimiś zakamarkami. Co teraz zrobię?
...
Siedzę tutaj już piąty dzień i tak pewnie zostanie. Wredna ździra! A ja taka głupia, że przez moment uwierzyłam w jej dobre intencje! Boże jedyny! Znów jestem stracona! Ile to już razy, ktoś potraktował mnie w ten sposób! Ale z upływem czasu robi się to coraz trudniejsze do zniesienia.
...
Usłyszałam jej głos. Znów tu przylazła nie wiadomo po co! Szkoda, że nie mogę się ruszyć, odpłaciłabym jej za to poniżenie! Nie podchodź dziwko, wynoś się stąd! – krzyczałam – A ona w tym czasie niemal siłą wyciągnęła mnie z ciasnoty. Zmartwiałam z oburzenia. A ona uśmiechnęła się i szepnęła: – Przepraszam, musiałam. – Gówno! W nic ci nie uwierzę! – zawyłam. - Naprawdę przepraszam –kontynuowała. Nie stać mnie było na ciebie, a nie chciałam cię stracić. Oniemiałam. Nim wykończona zasnęłam usłyszałam jeszcze:
- Poproszę tę książkę - powiedziała
- O, świetny wybór, 165 złotych – odpowiedział Panujący.
...
Nazywam się Velasquez Masterpieces In Color. Urodziłam się w 1867 w Londynie. Moimi rodzicami są TC & EC Publisherowie. Po latach tułaczki, przebywaniu na krzywych półkach wespół z przebrzmiałymi manifestami, poradnikami i romansidłami, mam znów swój dom. Oby na zawsze.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Magdalena Jelonkiewicz - " Fryzjer Horror Story"
Po ostatniej wizycie u fryzjera Galia Kremenova nauczyła się dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie ufać małym, chudym Chinkom. Po drugie, włosy to wartość nadrzędna, nawet, jeśli w grę wchodzi kolacja u irlandzkiego muzyka.
Popołudnie tamtej czerwcowej soboty było wyjątkowo ciepłe. Złotowłosa maszerowała Parnell Street, rozglądając się za szyldem „U Miu”. Miała na sobie obcisłe dżinsy, niebieski podkoszulek i czerwony, kusy żakiet. Przez ramię przerzuciła płócienną torbę z napisem: I am not a plastic bag. Z każdym krokiem, jej długie, rozpuszczone włosy powiewały na wietrze i otaczały ją złotą koroną. Nie było to może zbyt wygodne, ale za to bardzo efektowne.
W zeszłym tygodniu koleżanka w pracy poleciła jej tanią, dobrą fryzjerkę, w uboższej części miasta. Początkowo zastanawiała się, czy to dobry pomysł, ale Katarina zapewniała, żeby się nie zrażać, że dzielnica Dublin 1 jest coraz bardziej trendy, a mniejszości narodowe trzeba wspierać. „No tak. Ja już mam irlandzki paszport” przypomniała sobie wtedy Galia i wspaniałomyślnie postanowiła wypróbować chiński salon piękności.
A teraz nie mogła go znaleźć. „Parnel Street 22 / 5, to powinno być gdzieś tu” pomyślała, rzucając okiem na wydrukowaną mapkę. Bezwiednie spojrzała do góry. Nad drzwiami kamicy wisiał właśnie ten szyld, którego szukała! Nic dziwnego, że wcześniej nie zauważyła napisu „U Miu”, niknącego w gąszczu chińskich znaczków i kwiatów lotosu. Zadzwoniła domofonem pod numer 5.
- Kto tama? - usłyszała żeński głos.
- Tu Galia, mam umówioną wizytę na 13:00
W odpowiedzi usłyszała bzyczenie otwieranych drzwi. Pchnęła je, lecz napotkała opór. Rozrzucone na podłodze listy tamowały wejście. Przesunęła stopą białe prostokąty kopert na brudnej wykładzinie na tyle, żeby móc otworzyć szerzej drzwi i wejść do środka. Przywitała ją wilgoć i chłód. W głębi ciemnego korytarza dojrzała małą, chudą Chinkę w dżinsowych ogrodniczkach i nylonowym fartuchu.
- Prosię, prosię – zapraszała Azjatka, machając ręką, zapraszając do środka.
Zakład fryzjerski okazał się niewielkim pomieszczeniem z gregoriańskim oknem, od podłogi do sufitu, wychodzącym na ulicę. Przy przeciwległych ścianach mieściły się po dwa stanowiska fryzjerskie, w sumie cztery fotele. Tuż przy drzwiach, umywalka z szafką. Ściany zdobiły plakaty pań różnych ras, dumnie prezentujące fryzury ála "mokra włoszka" lub "na pazia". Tę drugą opcję dumnie prezentowała na sobie sama fryzjerka. Z głośników dobiegała chińska wersja "La luna" Belindy Carlise. Złotowłosa była jedyną klientką. Cofneła się o krok, przerażona. "Czy ktoś mnie robi w konia?"
- Nie bacia się, prosię - powiedziała Chinką i odsunęła krzesło przy oknie.
Galia rozejrzała się, czy nie jest przypadkiem w ukrytej kamerze i niepewnie przysiadła na brzeżku fotela. Głupio byłoby się teraz wycofać. "Spokojnie, tylko mi podetnie końcówki, przecież tego nie można spartaczyć" – próbowała się uspokoić.
- Pani życzy?
- Tylko podciąć, o tyle - powiedziała rozstawiając palec wskazujący i kciuk na jakieś trzy centymetry.
- Taga, taga, podciąć! – odpowiedziała fryzjerka, akcentując ostatnią sylabę.
Chinka powoli zaczęła czesać włosy Galii szczotką.
- Pani piękne włosi!
W odpowiedzi Złotowłosa uśmiechnęła się dumnie. „Chinka jest nie w ciemię bita!” Fryzjerka nie przestawała czesać włosów Galii, nieśpiesznie, pasmo po paśmie. Nieoczekiwanie dla siebie samej, spokojny rytm i cykliczność pieszczoty spowodowały, że Galia odprężyła się. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i sięgnęła do torebki po komórkę. Czas odpisać Danemu. To dla niego zdecydowała odświeżyć fryzurę.
W zamyśleniu przygryzła dolną wargę. Nie odrywała oczu od ekranu. Kciuk kręcił zawzięte piruety na maleńkiej klawiaturze, pi, piii, pip, to formułując, to kasując odpowiedź do muzyka. Jaką strategię obrać? „Cześć Dan” wystukała, „dzięki za zaproszenie, chętnie skorzystam.” Zamyśliła się. „Skorzystam” – czy to nie jest zbyt dwuznaczne? Między brwiami dziewczyny pojawiły się dwie pionowe kreski.
Zaproszenie przyszło w środę, lakoniczny sms: "Sobota, 20.00, kolacja u mnie?" Złotowłosa czekała z odpowiedzią trzy dni. Przecież nie będzie się Danowi podawać na talerzu! Według „Mężczyźni kochają zołzy”, mężczyzn należało regularnie odstawiać do lodówki, żeby ostudzić ich zapędy. A na Galię Kremenovą warto czekać!
Nagle unoszący się w powietrzu zapach amoniaku i lakieru do włosów zakręcił jej w nosie i głośno kichnęła. Gdy otworzyła oczy, kątem oka zauważyła dłuższy blond kosmyk lekko opadający na podłogę. Zaniepokojona podniosła głowę i spojrzała w lustro.
- Co to jest?! – wrzasnęła podnosząc się z krzesła.
- Co, co, co?
- Jak to, co! To! – powiedziała unosząc podcięte końce włosów do góry – I to! – wskazała na podłogę.
- Włosi? – zapytała lękliwie Chinka. – Miała skośne oczy jak dwie kreseczki, a buzię jak porcelanowa, bardzo przejęta lalka.
- Włosi, eeee... włosy to ja miałam, a teraz…? – zawołała rozgoryczona Galia.
Chinka nie mogła zrozumieć klientki. Miała włosy sięgające do pupy. Kto to teraz takie włosy nosi? Można by było je obciąć krótko i sprzedać na perukę. Ciekawe, czy podobałaby się Kajowi w blond loczkach?
- I z czego się śmiejesz? Ja nie wytrzymam! Gdzie tu jest kierowniczka tego przybytku?
- Kiero… co?
- Kierowniczka! Boss! Miu!
- Miu nie ma, poszła.
- Ja protestuję! Przyszłam tu tylko na podcięcie. Podcięcie! Czy ty wiesz, co to znaczy podciąć włosi... włosy?! Trzy centymetry?
- Trzy centymentry niedobrze. Do fryzjera przychodzą po zmianę. Na długich włosach trzy centymentry nie widać – wyjaśniła Chinka z nieoczekiwaną pewnością w głosie.
- Słuchaj, Chinko ty jedna
- Mam na imię Szila…
- Ty nic nie rozumiesz! Moje włosy to ja! Nikt nie ma takich włosów w Dublinie! – tupnęła nogą.
- Usiądź pani, to dokończę. Nie martwi się. Włosy odrosną.
Złotowłosa zakręciła się wkoło i bezsilnie opadła na krzesło. Nie miała wyboru. Nie mogła wrócić do domu z lewą stroną włosów krótszą o 10 cm od prawej. Od tej pory pilnie śledziła każdy ruch bezczelnej Azjatki. Po kilkunastu minutach fryzura była gotowa.
Z lustra patrzyła na Galię obca osoba. Niby ta sama buzia, te same słowiańskie kości policzkowe, niebieskie oczy, wąskie usta; a jednak nowa fryzura nadawało jej innego charakteru. Asymetryczna grzywka i stopniowo wycieniowane kosmyki podkreśliły plastyczność jej twarzy. „Wyglądam jakby mi ktoś poszarpał włosy!” Złotowłosa była załamana.
Szybkim ruchem wyciągnęła banknot z portfela i rzuciła na ladę.
- 50 euro i ani centa więcej!
- Ale serwis kosztuje 75! - powiedziała Szila, wskazując na cennik koło lustra.
- Nic mnie to nie obchodzi, moja noga tu więcej nie postanie!
Złapała torebkę i wyszła z budynku. Zatrzasnęła za sobą drzwi. Usłyszała brzęk metalowej klapki nad szczeliną w drzwiach, przez którą listonosz wrzucał listy.
Niebo spowijały ciemne chmury. „No tak, czego można się spodziewać po Irlandii. Właśnie skończyło się nam lato. W tym roku trwało aż 20 minut”. Poczuła jak wiatr smaga jej policzki. Przyniósł wilgotno-butwiejący zapach Atlantyku. Wschodni wiatr. Spojrzała na zegarek – 13:37.
Sięgnęła po komórkę i szybko wystukała: „Cześć Dan, z przyczyn ode mnie niezależnych nie mogę Cię dziś odwiedzić. Zdarzył się mały wypadek. Odezwę się później”. Wyłączyła telefon, wsunęła do kieszonki w torebce i udała się na przystanek autobusu numer 19 na O’Connell Street, skąd zamierzała pojechać do domu i cierpieć w samotności.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Małgorzata Bielak - "Haiku"
Piotr odwrócił się dopiero na dźwięk zatrzaskujących się za Jagodą drzwi.
Były ciężkie, z ciemnego, dębowego drewna, z metalowymi okuciami i poświęcił długą chwilę na dokładne studiowanie
ich powierzchni. Ich widok zawsze go raził. Nie pasowały do małej garderoby, w której przebierał się przed występami.
Obrzucił niechętnym spojrzeniem resztę pomieszczenia. Odrapane ściany, lustro upstrzone plamami jak ręka staruszka,
za mała umywalka, z której woda zawsze wylewała się na podłogę pokrytą wytartym linoleum. Czuł, że rozgrzane tańcem
mięśnie powoli zaczynają stygnąć i sztywnieć, ale nie był w stanie sięgnąć po leżące obok ubranie. Było mu wszystko
jedno. Usiadł na szerokim parapecie i oparł czoło na dłoniach. Niemalże z ulgą powitał pierwsze ukłucie bólu głowy,
bo mógł uratować go od myślenia. Na razie miał wrażenie jakby płyta z nagraniem ich rozmowy zacięła się w jego umyśle.
Po dzisiejszym, kolejnym już nieudanym występie poczuł, że musi się coś zmienić. Żal i złość,
które w sobie dusił od dłuższego czasu nie pozwalały mu już jasno myśleć, pracować, spać. A Jagoda weszła bez pukania,
roześmiana i beztroska, jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego ile bólu kosztują go te jej eksperymenty i przygody.
Patrzył na nią ze ściśniętym gardłem. Jej twarz, znajoma jak jego własna, nagle wydała mu się obca. Próbował dopasować zieleń oczu, kształt ust, brązowy kolor włosów do jej bezmyślnego okrucieństwa i ciągle coś mu nie pasowało. Przytuliła się do niego, a on nie mógł się powstrzymać i mimo wszystko pocałował ją na przywitanie.
Pomalowała się znowu tą szminką, która smakowała jak świeże maliny.
- Ładnie wyglądasz. I pięknie tańczyłeś -- spróbowała komplementu. Może jednak przeczuwała,
że tym razem przesadziła. Piotr zaczerpnął głęboko powietrza, które przepełnione było jej zapachem i spróbował pozbierać
rozproszone pocałunkiem myśli. Podszedł do lustra i przytrzymał opaską włosy, żeby zmyć makijaż. Żeby dać sobie jeszcze
chwilę, żeby nie drżał mu głos. Spod warstwy tuszu i podkładu zaczęła wyłaniać się jego prawdziwa twarz. Szare oczy, prosty nos, duże usta. Nauczył się sprzedawać swoją urodę i traktować ją tak samo jak umiejętność tańca. Potrzebne do przeżycia i tyle.
Przeżycia. Spojrzał sobie w oczy i zdecydował się w jednej sekundzie.
- Jagoda, ja już dłużej nie wytrzymam.
Podniosła na niego teatralnie skruszony wzrok.
- Chodzi ci o tego młodego wczoraj, ja wiem. Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać. Coś mnie pchało w jego stronę, a ja jakbym straciła wolną wolę. Przepraszam.
Nie umiał jej już usprawiedliwiać. Brakowało mu słów. Dziewczyna, niezrażona przeciągającym się milczeniem, wyciągnęła z torebki jakiś zwitek papieru i podała mu go.
- Zobacz, co potem napisałam. Maurycy powiedział, że niesamowite. Chyba było warto.
Te trzy ostatnie słowa przeważyły szalę. Oczy zaszkliły mu się łzami jakby sypnęła w nie solą. Chyba było warto. Powinien się teraz rozchmurzyć jak zwykle. Przeczytać co napisała i pochwalić. Byłaby zadowolona. Ale nie był w stanie tego zrobić. Nie miał już sił.
- Jagoda, może dla ciebie było warto. Ja tak nie umiem żyć. Nie potrafię się tobą dzielić. Nie mogę zajmować się sobą, jak mi radzisz, kiedy wiem, że balujesz i możesz wylądować w łóżku z kimś innym. Przecież wczoraj byłem w drugim pokoju, na miłość boską!
- Piotr, nie wygłupiaj się…
- Ja mówię poważnie. Nie umiem cię już wspierać, być kochankiem, gosposią , rękawem do otarcia łez i krytykiem literackim na dokładkę. Już sam nie wiem kim jestem. Nie potrafię...
Dopiero teraz naprawdę na niego spojrzała.
- Jesteś tego pewien? — w jej głosie zabrzmiała pierwsza nuta złości.
Musiał schować za sobą roztrzęsione nagle ręce. Czuł w uszach szum nabiegłej do głowy krwi, a serce biło mu jak oszalałe. Stracił nagle całą pewność, że dobrze robi. Może jednak nie mógłby bez niej żyć. I wtedy zobaczył, jakby w zwolnionym tempie, jak kąciki ust Jagody unoszą się w uśmiechu.
- Tak. Nie chcę już z tobą być— wyrzucił z siebie i patrzył jak jej miękkie rysy ścinają się złością i urażoną dumą.
Wiedział, że jej widok może tylko osłabić jego postanowienie, żeby się ratować. Więc zamknął oczy, odwrócił się i nie powiedział już nic, dopóki nie wyszła.
Teraz jeszcze tylko musiał jakoś uporać się z tym co po niej zostało. Jakoś zatkać tę czarną dziurę, która od kilku chwil poszerzała w nim swoje granice, pokrywając coraz większą przestrzeń: wspomnienia, teraźniejszość, przyszłość. Zrobiło mu się duszno. Powoli odwrócił się z powrotem do okna i zaczął szukać na zewnątrz czegoś, na czym mógłby skupić wzrok. Przez gęste od śniegu, półprzejrzyste powietrze z trudem przebijały się światła miasta. Biły niespokojnym, nierównym pulsem, jakby śnił im się koszmar. Białe latarnie, białe samochody, biała ulica, na której Jagody już nie było. Pięć minut wystarczyło, żeby zniknęła z jego życia.
***
Później, u siebie, po kilku bezsennych godzinach w pustym łóżku, Piotr wstał, żeby napić się wody i może zapalić papierosa. Nocna kuchnia straszyła ciemnymi kształtami mebli. Nalał wody do szklanki, ale kiedy podnosił ją do ust, wypadła mu z ręki i rozbiła się, oblewając go zimnym deszczem. Stał nieruchomo przez długie sekundy, bojąc się oddychać, trzymając się jeszcze nadziei, że mu się tylko zdawało. Jednak wraz z wstrzymywanym długo oddechem wróciły myśli, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna układające się w wyraźny wzór:
Tęsknota za tobą :
malinowy cierń pod lewą piersią,
kiedy nie oddycham, prawie go nie czuję.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Anna Sajek - „Golden”
- I maszerujemy. Energicznie. Golden nie zostaje w tyle. Pociągnąć go. Nie odwracać się. Nie zatrzymywać. To nie pies decyduje.
A powinien.
Rano prawie się udało. Wyszła ze mną na dwór. Myślę sobie: spacer, te rzeczy. Ale patrzę, nie idziemy sikać.
- Misiek, stój. Stój. Ulica.
No tak. Warkot. Podjechał wóz. Śmierdzi mu spod ogona, aż się skichałem. Ale to i tak nic. Kobieta - oni tak mówią na swoje suki - co mieszka niżej, to dopiero masakra. Ta to śmierdzi. Perfumy. Tak to chyba nazywają. Ale nie jestem pewien, bo raz, jak wytarzałem się w zdechłej rybie, to usłyszałem: Aleś się wyperfumował. Mnie się podobało. Nawet Libra dała się powąchać, a to już coś. A skoro było OK, to dlaczego „wyperfumował”?
No więc podjechał. Otworzył się z tyłu.
- Misiek, do wozu.
Niedoczekanie. W wozie rzygam. Usiadłem tam, gdzie stałem. Trzydzieści pięć kilo. Ona mnie nie ruszy. Próbowaliśmy. Mówi, że nie może mnie odkleić od podłoża.
Z wozu wysiadł facet czy mężczyzna. Wiecie, samiec. Nie znam jego zapachu. Ruszył do mnie, więc się położyłem. Oboje jęknęli. No dobra, w nocy trochę padało. Ale błoto jest ekstra. Jak pada, Libra ma zawsze ubłocony brzuszek. Libra. To jest suka. Trawa w sierści. Rzep na ogonie. Kamień w pysku. Marzenie.
Facet pochylił się nade mną. Za szybko. Ledwo zdążyłem sobie przypomnieć, że jestem łagodny. No dobra, skoro jestem, to tylko go uszczypnąłem. Ale i tak mnie podniósł i wrzucił do wozu. Brutus ma lepiej. Waży sześćdziesiąt. Nawet facet go nie odkleja.
Ruszyliśmy. Trudno. Skoro to nie pies decyduje, niech sprzątają. I tak im trochę pomogłem. Potem zapłaciła i chyba była zadowolona, bo jak szliśmy przed siebie, powiedziała: Mój najdroższy piesek. Tylko tak jakoś mało pieszczotliwie.
- Mówimy do goldena. Wesoło. Miło. Dobry piesek. Dobry piesek. Jeszcze jedno kółeczko i zrobimy przerwę.
Co ja jestem? Pies czy koń w kieracie? Ile można chodzić w kółko? Już wolę z nią jeździć do Libry. Praca. Tak na to mówią. Czasami się tam spotykamy. Wszyscy nas głaszczą, drapią; zachwytom nie ma końca. Libra zbiera ich najwięcej. Libra. To jest suka. Ten głos. Ten ruch. Ten zapach. Jak raz zrobiła kupę na korytarzu, to każdy przystawał.
- Co to jest?
- Nieprawdopodobne!
- No, tego jeszcze nie było.
Tak się zachwycali. Też nie mogłem się oderwać.
Libra. Dobrze, że jej nie było, jak chodziłem z miską na głowie. Czułem się gorzej niż pudel po fryzjerze. Coś mnie uwierało w oko. Wsadzili mnie do wozu, gdzieś zawieźli, posprzątali, zaprowadzili do jakiegoś faceta o drażniącym zapachu i poszli. Długo spałem, a jak zagwizdali, to już miałem na szyi tę miskę. Nawet nie mogłem na spacerze przeczytać, co Brutus o mnie myśli. Za to jego pan sobie nie żałował.
- Misiek, biedaku. Lampę z ciebie chcą zrobić czy co. Kto ci założył ten abażur? Tylko żarówki w pysku brakuje.
Dobra. Nie ja zacząłem. I wiem, że dobrze wychowany pies nie sika na koła. Ale nie mam pojęcia, jak się zachowuje dobrze wychowana lampa.
- Na następne zajęcia przynosimy przysmaki. Coś, co pies lubi, ale jeszcze nie to, za czym przepada. Na to przyjdzie czas. Golden lubi pieczywo, przynosimy pieczywo.
Przysmaki. Co oni wiedzą o przysmakach? Na trawnikach to dopiero są przysmaki.
Przyniosłem pół pizzy? Przyniosłem. Ile było wybrzydzania. Że ohydna, że spleśniała.
- Co ty tam masz? Jak to wziąć do ręki?
Nie podoba się, nie brać. Mnie smakowała.
Przyniosłem golonkę? Przyniosłem.
- Coś ty znowu znalazł? Jak to cuchnie!
Cuchnie? To dlaczego mi zabrała? I jeszcze po powrocie do domu opowiadała, jaki jestem okropny na spacerze. Dopiero on jej wytłumaczył:
- Sama mówiłaś, że to pies myśliwski. No to poluje. Jak coś upoluje, to ty mu zabierasz. Jest łagodny, więc bez oporów oddaje i natychmiast znów szuka czegoś dla siebie. A ty mu zabierasz. I tak w kółko. Pomyśl, ile on się biedny musi namęczyć, żeby wreszcie w popłochu coś zeżreć, zanim mu wyrwiesz z pyska.
No. Przynajmniej on mnie rozumie. Ale skoro tak, to dlaczego robi to samo co ona? Na szczęście na trawnikach leży tego dobra nie do przejedzenia. I oni się pożywią, i ja. Pajdy chleba, piętki, połówki i całe bochenki. On mówi, że dla ptaszków. Ona, że chyba dla kondorków.
Ja wiem jedno. Libra by doceniła. Libra. To jest suka. Rzuciłbym jej do stóp nawet zdechłą rybę. Niech się tarza. Ech, już czuję tę odurzającą woń.
- Na następne szkolenie przynosimy psu zabawkę. Jakiś aport. Najlepszy będzie sznur. Zobaczymy, czy pies wybierze zabawę z właścicielem, czy z innymi psami. Przed wami chwila prawdy. Sprawdzimy, który właściciel jest dla swojego psa atrakcyjny.
O zabawie to oni też niewiele wiedzą. Kość już oddaję bez oporów, bo i tak jej nie biorą do pyska. Sznura nie gryzą. Jak im przyniosę patyk, to odrzucają, bo ośliniony. Zamiast pobawić się jak normalny pies, siadają przed takim pudłem. Już przywykłem, nawet czasem jak coś zaszczeka, to popatrzę, ale kiedy to włączyła pierwszy raz, to mi zawory puściły. Wrzasnęło, błysnęło, zamigotało, wpadłem pod stół i przez dwa dni nie wychodziłem. Nie pomogła kiełbasa ani żadne: Misiu, nie bój się. Jak tu się nie bać? Nawet on czasami mówi, że nie włączy tego pudła, bo strach, co oni tam wygadują.
Mają jeszcze inną zabawę. Czytają. A potem mówią, że dobre. No to kiedyś spróbowałem. Przegryzłem się przez okładkę, ale jak zacząłem przewracać kartki, to mi połowa została na języku. Plułem tym świństwem i plułem. Zupełnie niestrawne. Jak wrócili, to ona w krzyk. Ale on jak zwykle wziął moją stronę.
- Przecież mówiłaś, że nie możesz się przez to przegryźć. No to Misiek ci pomógł.
- Ale…
- Też uznał, że niestrawne i przemielił.
- Szkoda, że nie cały nakład.
No, nie. Aż taki pies na książki to ja nie jestem.
- Tak sobie patrzę na was, jak ćwiczycie, i widzę w grupie dwa psy dominujące. I nie są to owczarki. Dominuje Sznycel i Misiek. Misiek tą niewinną miną i słodkimi oczami robi z panem, co chce.
Poznała się, psia krew. A było tak dobrze. Wystarczyło zrobić minę „życie nie ma sensu” i od razu zagadywali, zabawiali, głaskali. A „mam depresję” załatwiało jakąś pychotkę plus cały wieczór dla psa. Nawet nadprogramowy spacer się trafiał. I komu to przeszkadzało? Teraz trzeba będzie kombinować.
A nauczyłem się tego od Libry. Tak, Libra to potrafi. Na „życie nie ma sensu” w jej wykonaniu każdy się zatrzymuje na korytarzu.
- Co ona taka smutna?
- Co psu zrobiła ta wyrodna pani? Nie głaszcze psa, tak? Nie bawi się? A jeść chociaż daje?
Libra ma minę „no właśnie nie”, a jej pani – „zobaczysz, porzucę cię w lesie”.
Tak. Libra. To jest suka. Jak ona zrobi „mam depresję”, to jej pani jest gotowa zatrzymać ruch na osiedlu, żeby się pies pod koła nie rzucił.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Sandra Stawińska „Zapach kredek"
Każe Ci narysować co masz w środku. To taka terapia, wiesz? Czasem potrafią wyjść różne dziwadła. Nasze smoki lubią wtedy plunąć ogniem. Walnąć ogonem. Bierzesz kredkę w palce i obracasz w zamyśleniu. Nawet się nie zastanawiasz czemu jak zwykle wybrałaś coś w czarnym kolorze. Twoje dwa ulubione odcienie: szarość i czerń. Nawet teraz masz na sobie powyciągany, bury golf i za duże, ciemne spodnie. Nie pokazujesz kobiecości. Chowasz ją tam, gdzie nikt nie ma do niej dostępu. Czasem, oczywiście po ciemku pozwalasz się mu dotknąć. Dzięki temu, jakimś cudem powołaliście do życia waszego Jasia.
Patrzysz na psychoterapeutę i czujesz jak pocą ci się palce. Obracana w nich kredka zmiękła i zrobiła się śliska pozostawiając widoczne ślady na twojej skórze. Rozglądasz się i widzisz, jak koledzy i koleżanki z grupy terapeutycznej skrobią coś w zapamiętaniu na kartkach papieru. Czujesz ukłucie zazdrości. Dlaczego nic nie przychodzi ci do głowy?
Pochylasz się nad pudełkiem kredek chcąc wyciągnąć inny, weselszy kolor. Nieświadomie wciągasz zapach specyficznego, perfumowanego wosku z których zostały zrobione. Wtedy to nadchodzi. Głowę przeszywa fizyczny ból. Krtań zaczyna się kurczyć i czujesz nadchodzący atak paniki. Serce wali jak oszalałe, kredka wypada z trzęsącej się dłoni. Nikt cię nie widzi. Jesteś z tym sama, jak wtedy. Mała dziewczynka. Uczennica z warkoczykami. Siedzisz na klatce na brudnych schodach z lastriko. Trzęsiesz się z zimna, strachu i bezsilności. Nie chcesz tam wejść. Ale przecież nie masz dokąd pójść. Ściskasz kurczowo plecak z książkami i starasz się nie myśleć o wpisanych do dzienniczka ocenach. Bo przecież dzisiaj są same dobre. A może dzisiaj jemu wcale nie zależy na wynikach. Gorączkowo myślisz, czy ładnie kaligrafowałaś literki. Czy równo rysowałaś figury geometryczne. Oddychasz z ulgą pewna, że zadbałaś o wszystko. Podciągasz opadające rajstopy i syczysz z bólu. Dobrze, że założyłaś dziś grube zamiast cienkich. Tylko ty widzisz i czujesz pręgi na łydkach, udach i nerkach zadane tym razem smyczą psa. Wczoraj zaginął gdzieś pas ze metalową sprzączką. Twój brat to wymyślił. Tak bardzo się bał. Tak jak ty. Chciał wierzyć, że choć na kilka dni będzie spokój. Bo przecież nikt nie stawał w waszej obronie. Mama wychodziła do kuchni. Stąd ten pomysł ze schowaniem pasa. To miał być wasz mały triumf. Jak bardzo się myliliście. Dziś na wuefie wszyscy odwracali głowy. Nauczycielka nawet nie mrugnęła okiem. A przecież granatowo-brązowe siniaki rozlały się po całym ciele. Nawet malarz nie namalował by tego lepiej. No właśnie malarz.
Patrzysz na kartkę papieru i widzisz jego twarz. Wykrzywioną, złą, bezlitosną. Postać z rysunku ma kły zamiast zębów, rozczochrane włosy i puste spojrzenie. Trzyma w ręku szeroki, skórzany, wojskowy pas.
Mamusiu, mamuniu? Jasio delikatnie dotyka twojej ręki.
Słucham cię synku.
Kupiliśmy już wszystko. Książki, zeszyty, tornister. Jestem gotowy.
Ale kredki… Zapomniałaś o kredkach.
KONIEC
>Powrót na górę strony
Staszek Taumaturg Kiersztyn „Pani Jeziora"
Olek stał na schodach kamienicy i wybałuszał oczy na nagą kobietę. Przebiegła mu myśl, że facet z rozdziawioną gębą i siatami bimbającymi niczym dzwony, musi wyglądać groteskowo. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił. Za to kobieta uśmiechnęła się.
Poznał ją. Nie! To nie mogła być prawda. A jednak. Codziennie mijał posąg stojący przy schodach secesyjnej kamienicy. Marzył, że rzeźba ożyje i da mu szansę ucieczki od świata zza okna w kuchni. Obrzydło mu centrum Łodzi. Ale to była tylko głupia fantazja.
- Witaj, Aleksandrze – głos otaczał ciepłem, uspokajał.
Tego było za wiele. Olek wypuścił siaty. Po schodach poturlały się puszki z groszkiem i kukurydzą. Słoik z majonezem rozbił się z mlaśnięciem. Pomidory i ogórki wymieszały się z ziemniakami.
- Kurwa mać! - wrzasnął.
Z twarzy kobiety zniknął uśmiech.
- Przez lata wzdychałeś do mnie, a gdy jestem - przeklinasz? Niewdzięcznik. Raczej przywitaj się.
- Nie, nie – wybełkotał. – Ja… ja nie wiem co powiedzieć.
Przyjrzał się jej. Była piękna. Włosy opadały na ramiona, piersi, brzuch, by nad łonem zaciągnąć czerwoną kurtynę.
- Ja żyję. Mam moc obdarowywania szczęściem i miłością. Zabiorę cię do miejsca, za którym tęsknisz. Jeśli tego chcesz, podejdź.
Chciał. Podszedł.
I wdepnął w pomidora.
- No, kurrr…
- Ciii!
- Przepraszam.
*
Olek stał na wieży obok nieznajomej. Spoglądali na kryształowy zamek na klifie. Burzowe chmury odbijały się w jeziorze. W powietrzu wirowały płatki śniegu, mróz szczypał w uszy. Nagle słońce przedarło się nad widnokręgiem i zamek zalśnił bursztynowo.
- To Camelot – powiedziała nieznajoma. – Jestem Panią Jeziora.
Przechadzające się nad wodą jednorożce zarżały. Raptem mewa sfrunęła na blanki. Obtarła dzióbek, zatrzepotała skrzydłami i wskoczyła Pani Jeziora na ramię. Wtuliła się w kark. Kobieta uśmiechnęła się.
- Jesteśmy w Niby-Niby Landii. To kraina szczęścia i miłości. Cokolwiek dobrego ludzie zrobią, to stanie się tutaj.
- Pani – odezwał się oszołomiony Olek – po co mnie sprowadziłaś?
Mewa przeskoczyła na jego ramię.
- Chcę abyś został Panem na Camelocie. Na zawsze.
Ptak ufnie wtulił się w kark Olka. Piórka były wilgotne i ciepłe.
- Czy zostaniesz królem?
Płatki uderzając o siebie, grzechotały jak kamienie wrzucane do studni. W oczach Pani Jeziora zagościł smutek.
Nie odpowiedział.
*
Pustka czy odkupienie? – Olek napisał na blogu, chcąc podzielić się odkryciem. – Nie potrafiłem wyrzec się tego, co znam. Mogłem mieć, co chciałem, a jednak wybrałem stary świat. Bałem się. Po niewczasie pojąłem, że nie ma próby bez przezwyciężenia strachu. Dlatego lęk jest częścią życia. By odwagę spotkała nagroda, tchórzostwo zawsze kara. Wybrałem źle i szansa przepadła. Zgrzeszyłem i osunąłem się w pustkę. Żałuję. – Łzy zalały klawiaturę grożąc zwarciem.
Dla was Camelot jest jeszcze szansą, jak ukryty przed rycerzami Graal. Prędzej czy później zamek pozwoli się odnaleźć i będziesz musiał dokonać wyboru.
Między pustką a odkupieniem.
Ja przegrałem… - Zza okna w kuchni wyzierało centrum Łodzi. - Wybierz mądrzej.
Raptem mewa usiadła na parapecie. Obtarła dzióbek, zatrzepotała skrzydłami i zastukała w szybę. Uśmiech rozpromienił twarz Olka. Nim usłyszał rżenie jednorożców, dokończył:
Na chwałę Pani Jeziora!
KONIEC
>Powrót na górę strony
Staszek Taumaturg Kiersztyn „Ziarno kłamstwa"
- Ojcze - Felix zwrócił się do kasztelana – daj połowę majątku. Pójdę w świat, kupię ziemię, wybuduję kasztel. Za rok zaproszę na wesele.
Minął rok.
Świnie trącały pastucha by zrobił miejsce przy korycie.
Trzeba było tyle nie chlać – napominał się Felix. – Mniej zakładów, pojedynków i wycieczek do burdelów. Więcej pomyślunku o przyszłości. Było kupić ten zatracony kasztel i siedzieć na dupie, zamiast ganiać za dziewkami. Dziś nie pasłbym świń.
Kopnął warchlaka fajdającego nogawkę.
- Kurwa mać! – zaklął, gdy maź wlała się do buta. – Wracam do ojca.
I uciekł od chrząkania.
A jeśli kasztelan oćwiczy i wywali na zbity pysk? – pomyślał i machnął ręką. - Może przebaczy, a znośniej doglądać zwierząt w domu.
Powracał żywiąc się strąkami, szarańczą, miodem. A po prawdzie tym, co ukradł kmieciom.
Noc zastała go na bagnach. Postanowił przenocować wśród olszyn, tataraku, turzyc i łopianów. Na mokradłach dryfowały rzęsy wodne, spirodelle, żabiścieki pływające. Woda pluskała pod nogami żerujących stworzeń.
Felixa przeszył dreszcz. Ustronie cieszyło się złą sławą, grasowały tu potwory…
Słyszał o jabbersmokach, bublobąblookach, kudłatoplątonogowijach, a nawet podłych rąbałnarympał hedonusach. W chuci były okrutne, w chędożeniu zawzięte. Nikomu nie przepuściły. Który na drzewo nie smyknął, tego siekły, bodły, międliły, ugniatały, lizały, wkładały i wyciągały. A jak czmychnął, to pod pniem obsiadywały i czekały, aż ofiara siły zatraciwszy - spadała. I działa się wszeteczność, cierpiętnik zaś marniał.
Młodzieniec rozpalił ognisko i na wszelki wypadek uszykował miecz.
Raptem w krąg światła wlazła ropucha. Wyglądała jak oczy na worze brodawek.
- Kum, kum. Rade, rade. – Zaskrzeczała.
- Ki, diabeł? – pomyślał młodzik i przypomniał sobie karczmę pod stolicą. Słuchał barda popijającego wino. Szarpiąc na lutni, balladował o królewnie, którą kurwa macocha zamieniła w żabę. Nikt nie mógł uroku odczynić. Nawet mistrz cechu wiedźminów. Na pełni, trzy noce taplał się w bajorze z płazem. Kropił wodą świeconą, blekotem, eliksirami, gorzałką. Trzy razy kur piał, i nic. Nie dał rady. Jeno lumbago w lędźwie wlazło.
Nie pomogli błędni rycerze, kręgarze, zielarze, homeopaci, bioenergoterapeuci, znachorzy, druidzi, czarodzieje. Ani łysy eremita, który po nieudanym obrządku oszalał i chciał lagą zaciukać gada. Nieboraczka ledwo z życiem uszła.
Raptem ślepy, głuchy, chromy anachoreta wygłosił proroctwo, że czar przełamie pocałunek cnotliwego pacholęcia.
Wieść gruchnęła i tałatajstwo jęło się lgnąć do zamku. Hałastra pod niebiosa chełpiła się cnotą, ale oprócz mlaskania efektu nie było. Ha, tedy łotry wywęszyły intrygę, oskarżając, że cnota jest, ale czartowi ino bies da radę! Zażądali zadośćuczynienia. Król wpadł w gniew. Wrzasnął, że mogą go pocałować, a połowy królestwa nawet za chuja nie odda. Łajdaków oćwiczył i precz wyrzucił. Takoż i ślepego anachoretę.
I zdało się, że kurwiego uroku nie odczynią.
Aż nagle, syn kmiecia zwiedział się o konfuzji. Cichaczem żabę pocałował i zaklęcie zdjął, bo będąc szpetnym, dziewki nie miał. W nagrodę posiadł królewnę i posag, że nie w kij dmuchał.
- Kum, kum. Rade, rade.
Ballada brzmiała w uszach.
Może odczaruję księżniczkę? – pomyślał Felix. - Zgarnę wiano, a kij położę na kasztel, ojca, żonę. I chlał będę mniej.
Podniósł ropuchę, zamknął oczy. Pocałował.
Niech to szlak!
Poczuł rzęsę wodną, spirodellę, żabiściek pływający. Tfu! Tak muszą smakować odchody kudłatoplątonogowija.
Nic. Może trzeba z języczkiem?
Felix zlizał z ozora skrzekowatą substancję chrzęszczącą między zębami. Nóżki i skrzydełka much – pomyślał i rzygnął, jak nigdy dotąd.
Klnąc cisnął stwora w tatarak. Podniósł miecz i zaczął ścinać łopiany.
- Kurwa mać – wrzeszczał, rzygał i siekł liście. Łby spadały jak gruchy – Literatura piękna? Kłamstwo! Poezja? Oszustwo! Jakie ziarno prawdy w legendach?! Twórcy łgają jak psy! Pożądają sławy, mamony i dziewek. Nigdy już nie dam wiary fikcji. A jak los da, że spotkam tego skurwysyna i arcyłgarza, rymopisa i wierszoroba, co po pijaku mordę darł, to osobiście balladę mu skomponuję. Lutnią na rzyci!
KONIEC
>Powrót na górę strony
Dorota Bury „Bajka o smutnym smoku"
Mieszkańcy pewnego niewielkiego miasteczka, położonego w nader tradycyjnej lokalizacji – za siedmioma górami, lasami i rzekami – żyli sobie spokojnie, dopóki nie spadło na nich nieszczęście. Ich ustabilizowane i małomiasteczkowe życie odmieniło się, kiedy na niebie pojawił się smok. Przyleciał pewnego dnia i krążył nad dachami, aż wszyscy go zobaczyli. Usta obywateli rozdziawiały się do krzyku lub ze zdziwienia, nogi niosły ich do bezpiecznych kryjówek, dłonie zaś chwytały broń, cenne przedmioty i magiczne amulety dla ochrony przed niebezpieczeństwem. Wreszcie smok majestatycznie opadł między skały za miastem i zajął jedną z jaskiń.
Zebrali się królewscy doradcy, sam król i znaczniejsi obywatele. „Co tu zrobić? Jak ocalić życie?” – zadawali sobie pytania, wychylając dla kurażu i rozjaśnienia umysłów kolejne kielichy wina. Smok jak smok – sam w sobie nie stanowił wielkiego problemu. Niby wiadomo: dziewicożerność, piromania, strach i terror – to nic wesołego. Z drugiej strony ileż małych miasteczek położonych za siedmioma, dziewięcioma czy choćby nawet trzema górami może pochwalić się własnym smokiem? Jakież to możliwości dla miasteczka! Prestiż, sława i kto wie – może bogactwo dzięki tłumom, które niechybnie przybędą obejrzeć bestię. Królewski generał skubał wąsa i ze zmrużonymi oczami roił sobie, jak to smok mógłby wzmocnić siłę armii. Nadworny mag obliczał w myślach, ile eliksirów mógłby wyprodukować, gdyby pozyskał tak cenny surowiec. Swoje nadzieje w związku ze smokiem żywiła też królewska córka, niezbyt urodziwa panna znudzona już nie do wytrzymania codziennym wyszywaniem serwetek, graniem na harfie i karmieniem złotych rybek. Liczyła na to, że dzięki smokowi wyjdzie za mąż za jakiegoś przystojnego, dzielnego księcia. Wiadomo przecież, że gdzie smok – tam tłumy wysoko urodzonych śmiałków skorych do jego zgładzenia w celu zapewnianie sobie sukcesu materialnego i matrymonialnego.
Strach o życie i dobytek mieszał się więc z ambitnymi oczekiwaniami. Sęk w tym, że wzbudzający te żywe emocje gad zachowywał się... no, nie jak normalny smok! Owszem, położył się na stosie złota i kosztowności, które przejęci mieszkańcy miasteczka zebrali w pośpiechu i dostarczyli do smoczej jamy. Wgramolił się na ten stos, puszczając nosem smużki czarnego dymu, obrócił się pyskiem do ściany i znieruchomiał.
Światlejsi obywatele, wspominający opowieści swoich dziadków, orzekli ze znawstwem, że to wyraźna oznaka, iż smok życzy sobie pożreć kilka dziewic. W przeciwnym razie, jeśli ich nie skonsumuje, biada całemu miastu. Zajęto się więc posiłkiem dla smoka. Blade i przerażone panny odrywano od lamentujących matek i w liczbie dziesięciu zawieziono do smoczej jamy. Ubrane były w swoje najpiękniejsze sukienki, bo jakoś tak wszyscy zakładali, że smok jest estetą. Stanęły u wejścia do jamy i czekały na rychłą śmierć w paszczy gada. Ten jednak, poza kilkoma pomrukami i intensywnym zapachem spalenizny, w ogóle nie dawał znaku, że żyje. Dziewice, z początku przerażone i bez nadziei, rozluźniły się. Po upływie kilku godzin jednak, kiedy zza pobliskich głazów, drzew i krzewów zaczęły się wychylać głowy ciekawskich mieszkańców miasteczka, liczących na krwawe widowisko, dziewice poczuły wstyd: smok ich nie chce. Nawet nie spojrzał na nie. Za mało dziewicze są dla niego! Spoglądały na siebie ze zmarszczonymi brwiami, odymały usta i szemrały gniewnie. Jak one teraz wyglądają? Przecież wstyd wracać do domu. Łajdak!
Wieczorem dziewice wróciły do miasta w stanie rozstroju nerwowego i z mocno zachwianym poczuciem własnej wartości, natomiast obywatele miasteczka mieli niezłą zgryzotę: co też dać temu smokowi, żeby go zadowolić i uniknąć śmierci.
W sali tronowej zamku całymi dniami debatowano nad smoczymi obyczajami i upodobaniami, aż powietrze robiło się gęste i płonęły na czerwono twarze obradujących. Najbardziej wyrafinowane pomysły na zabójcze nadzienie baraniej skóry mogłyby wprawić w zakłopotanie większość czarownic-trucicielek i niejednego alchemika.
W tym czasie co zaradniejsi życiowo śmiałkowie odwiedzili smoczą jamę i ze złotego stosu uszczknęli nieco dobra. Smok tylko patrzył na nich jednym obojętnym okiem z pionową źrenicą, puszczał smużki dymu i stukał niemrawo końcem ogona w skalną ścianę. Łuski miał zmatowiałe i niezdrowe, aż się dziwnie robiło oglądającym. Porywali szybko garść złota i uciekali z poczuciem, że wcale bogatsi nie są... Wieść o tym szybko się rozniosła, chociaż każdy twierdził, że cóż znowu! Tak słyszał tylko, a sam ani myśli narażać swego życia, by wykradać smoczy skarb. Wkrótce jednak król musiał zarządzić postawienie straży przed smoczą jamą, żeby ukrócić te łupieskie wyprawy swoich uczciwych skądinąd poddanych.
Tymczasem w miasteczku pojawili się, ku radości królewskiej córki, pierwsi rycerze z zamiarem ubicia straszliwej bestii i przyjęcia łaskawego, a zwyczajowego daru za ten bohaterski czyn – w postaci połowy królestwa i królewny za żonę. Jadąc do miasteczka, kręcili wprawdzie nosem na owo królestwo, jak okiem zmierzyć obsadzone kartoflami (widok królewskiej córki też nie dodawał im animuszu), ale od tego w końcu byli rycerzami, żeby takich czynów dokonywać i takie nagrody przyjmować.
Król, ożywiony nadzieją, witał ich uroczyście i dziękował za poświęcenie, chociaż w głębi ducha zastanawiał się, co z tego wyniknie... Jego córka, upozowana wdzięcznie na balkonie, machała im chusteczką, kiedy odjeżdżali walczyć ze smokiem.
Na miejscu spodziewanej walki czekał ich jednak zawód. Lżony, wyzywany, prowokowany i drażniony na wszelkie sposoby smok ani myślał wyjść. A kiedy dwóch odważniejszych rycerzy weszło do jaskini, gad spojrzał na nich tak łzawym wzrokiem, że po wyjściu bez słowa wsiedli na konie i odjechali, by odtąd ratować bezdomne psy i koty.
Inni rycerze też nagle przypomnieli sobie, że jeden gdzieś tam, dwie góry wcześniej, obiecał zabić groźnego niedźwiedzia, inny miał ślub, jeszcze kolejny alergię na smocze łuski. Ostatni dwaj spojrzeli na siebie spode łba i odjechali w różne strony, dumnie powiewając kitami na hełmach, a w sercach chowając wstyd i obietnicę, że nigdy nie przyznają się do pobytu w tych stronach.
W miasteczku nastał cichy smutek. Tyle starań na nic! I co począć z tym smokiem właściwie, skoro stosowane od setek lat niezawodne sposoby zawiodły?
Rozmyślaniom nie byłoby pewnie końca, gdyby nie wóz z wędrownymi grajkami, kuglarzami i akrobatami, który przyjechał w okolice miasteczka. Przybysze rozbili obóz nad rzeką, która płynęła niedaleko smoczej jamy, nie wiedzieli bowiem, że mają takiego sąsiada. I oto pierwszej nocy, kiedy pierwsze płomienie ognisk strzeliły w górę, a dźwięki instrumentów popłynęły w mrok, w jaskini zabłysła para ślepi. Kiedy swoje pokazy rozpoczęli połykacze ognia, smok jak zielona, połyskliwa smuga wyśliznął się zgrabnie z ciemności, spojrzał z politowaniem na ludzkie umiejętności i zionął ogniem tak, że wszyscy stracili od żaru brwi, rzęsy i wąsy. Po początkowym osłupieniu, kiedy wędrowcy poskromili chęć ucieczki w las, zorientowali się, że gad nie jest żądny krwi, tylko zabawy. Rozpoczęła się więc taka zabawa, jakiej najstarsi mieszkańcy nie pamiętali. Smok, który oprócz wydobywania imponujących płomieni potrafił też tańczyć, choć nieco niezgrabnie, oraz podrzucać nosem piłkę, stał się atrakcyjnym nabytkiem dla wędrownej trupy. Chętnie go przyjęli między siebie, myśląc sobie, że nikt inny takiego nie ma, a sprawę jego wyżywienia można odłożyć na później. Bestia odleciała po kilku dniach za wozem artystów, którzy mimo niewątpliwej miłości do spraw ducha raczej niż ciała nie omieszkali zgarnąć ze smoczej jamy złota i kosztowności. Co do okruszka.
KONIEC
>Powrót na górę strony