Wywiad z Agnieszką Lis

Pasja Pisania: Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?

Agnieszka Lis: Pisałam od zawsze. To była metoda na uporządkowanie świata i uładzenie problemów. Odruchowo, od nastoletnich lat - pisałam szczególnie wtedy, kiedy miałam jakiś problem. A potem pisałam coraz więcej. I pomimo różnych zawirowań w życiu – zawsze do pisania wracałam.

PP: Jaka jest droga od pisania do szuflady do publikacji książki?

AL: Długa i wyboista. Taka przynajmniej była moja. To nie jest pocieszające, ale – wedle moich doświadczeń – wydawnictwa z ogromną rezerwą podchodzą do debiutantów. Przez kilka lat nie mogłam się przebić. Miałam nieodparte wrażenie, że większość wydawnictw nawet nie czyta propozycji wydawniczych, które są przesyłane przez debiutujących autorów. Ja miałam to szczęście, że zostałam laureatką konkursu – opowiadanie zostało wydane drukiem w antologii „Rozkoszne”. Konkurs był na kobiece opowiadanie erotyczne, a antologia została bestsellerem wydawnictwa za rok 2010. Dzięki temu łatwiej mi było podjąć rozmowy na temat wydania książki. Zresztą, Replika to jedno z nielicznych wydawnictw, w którym redaktorzy czytają nadesłane propozycje…

PP: Kto był Pani mistrzem do naśladowania? Czy wzorowała się Pani na kimś?

AL: Nie mam wzorca, uciekam od wzorców. Obawiam się, że nikt nie jest oryginalny – wszyscy, mniej lub bardziej świadomie powielamy cudze pomysły. Kształtują nas przeczytane książki, usłyszane zdania, czerpiemy z doświadczeń, które nie zawsze są tylko nasze. Niemniej staram się nie naśladować nikogo świadomie.

PP: Wiem, że uczestniczyła Pani w kursach kreatywnego pisania – jak ocenia Pani udział w takich warsztatach, czego można się nauczyć, co dają w praktyce?

AL: Zdecydowanie polecam! Pierwszą swoją książkę napisałam kilka lat temu. Jest beznadziejna, nikomu jej nie pokażę. :) Było to jednak potrzebne mi doświadczenie – na własnej skórze przekonałam się, że prościej powiedzieć, niż napisać książkę. Kolejna była już lepsza, ale z każdym zczytywaniem przekonywałam się, że widzę błędy, których nie umiem sama poprawić. Chodziłam na wiele różnych kursów – długich i krótkich; miałam do czynienia z różnymi prowadzącymi. Każdy kurs był cenny. Jednak najbardziej chwalę sobie stałą, kilkumiesięczną współpracę z jednym prowadzącym. Można wtedy nie tylko nawiązać relację, ale przede wszystkim przez kilka miesięcy razem pracować. Liczy się regularne czytanie i ocenianie tekstów, pisanie na jeden temat razem z całą grupą uczestników, odrabianie prac domowych… jednym słowem, systematyczna praca. Wrócę jeszcze do kursów pisarskich, bez wątpienia.

PP: Czy pamięta Pani jakieś wskazówki nauczyciela, grupy, które pomagają w pisaniu, przypominają się Pani podczas pracy nad książką?

AL: Oczywiście! Wiele z tych uwag ciągle do mnie wraca, i podczas pisania zapala się światełko – uwaga uwaga…

Bardzo cenię sobie kursy pisarskie. To znacznie więcej, niż czytanie książek o pisaniu. Książkę, nawet najlepszą, nawet najciekawszy poradnik – poznajemy w ciszy swojego mieszkania. Natomiast w kursach pisarskich najcenniejszy jest zwrot informacji. Od książki, chociażby najlepiej i najciekawiej napisanej, nawet przez wspaniałego pisarza – nie usłyszymy komentarza do naszego własnego tekstu. Tam będą wskazówki, wzorce, uwagi - czego unikać, czym się kierować – ale nie będzie tej szczególnej, międzyludzkiej relacji, która pozwala nam pójść o krok dalej w postrzeganiu własnej pracy. Dopiero rzeczowa ocena konkretnego tekstu daje nam naprawdę wiedzę o własnym pisaniu.

Bardzo trudnym doświadczeniem na jednym z pierwszych kursów, na jakie chodziłam, było kategoryczne żądanie prowadzącego, na podstawie którego każdy z uczestników musiał oceniać prace kolegów. I to nie tak sobie, ot, po prostu oceniać. Każdy, bez żadnych wyjątków, musiał na zajęciach głośno przeczytać swoją pracę, a potem wszyscy pozostali uczestnicy musieli wyszczególnić sześć rzeczy - co najmniej trzy pozytywne, a potem trzy negatywne. Taka ocena była znacznie trudniejsza od samego pisania! W mojej pamięci to właśnie doświadczenie jawi się jako najcenniejsze. Można było usłyszeć różne głosy, a przecież nasi przyszli czytelnicy to są różni ludzie, z różnym sposobem odczuwania i postrzegania świata – sami nigdy nie będziemy potrafili wyobrazić sobie, jak można nasz tekst odebrać. To było niesłychanie twórcze – słuchać głosu innych ludzi. Obcych ludzi, którzy nie mieli emocjonalnego stosunku do autora. Poza tym oczywiście, skonstruowanie sensownej wypowiedzi, szczególnie krytycznej, także wymagało włączenia innej percepcji, innego postrzegania tekstu. Korzyść była dla wszystkich – i dla autora, i dla oceniających. Polecam takie doświadczenie każdemu, kto chce pisać i chce publikować.

Poza tym oczywiście, że trzeba pisać, pisać, i jeszcze raz pisać.

PP: Czy łatwo wydać książkę:)? Jak to się stało, że przebiła się Pani na naszym, na pewno trudnym dla debiutantów rynku wydawniczym?

AL: Bardzo trudno. Jeszcze trudniej. Najtrudniej. :)

Rynek jest niesłychanie trudny i nie sprzyja debiutantom. Ja miałam trochę szczęścia - a może bardziej uporu. O wydanie książki walczyłam przez kilka lat, przeżywając różne etapy zwątpienia. Na większość propozycji wydawniczych nigdy nawet nie dostałam odpowiedzi. Cały czas pisałam, sterta w szufladzie rosła… Jak już mówiłam, dla mnie przełomem był konkurs na opowiadanie. I wszystkim debiutantom polecam udział w różnych konkursach literackich. Jest ich dosyć dużo, trzeba tylko przysiąść fałdów i pisać, pisać, pisać. Dodać do tego dużo samozaparcia, cierpliwości i wiary w siebie. I recepta na sukces gotowa.

PP: Zechce Pani przedstawić w kilku słowach swą pierwszą powieść tym, którzy jej jeszcze nie czytali?

AL: Z przyjemnością. Główna bohaterka, „Jutro będzie normalnie”, Małgorzata, to młoda kobieta, którą los już okrutnie doświadczył. Jej rodzice zginęli w wypadku, kiedy miała 10 lat. Spotykamy ją w momencie, w którym jest mężatką, dosłownie w przededniu rozwodu, mamą czteroletniego Cypriana i nie potrafi odnaleźć swojego zawodowego miejsca. Ma wrednych współpracowników i szczególnie, hm, kwiecistą teściową. Ucieleśnienie wszystkich najniższych kawałów o teściowych. Małgorzata ma nader współczesne problemy, wielkie marzenia i determinację, żeby je realizować. Codziennie walczy o jutro. Szuka jutra, które ma być - normalne.

PP: Jak wymyśliła Pani swoich bohaterów? Czy postacie pochodzą z realnego świata czy są wyłącznie tworem fantazji?

AL: Małgorzata to młoda kobieta, która jest zwyczajna. Jest jedną z nas – takie było założenie, takiej bohaterki szukałam. Ktoś mnie zapytał, czy to moje alter ego – zdecydowanie nie! Są doświadczenia w moim życiu, które zainspirowały mnie do napisania niektórych scen, ale nie są to dosłowne kopie zdarzeń. Oczywiście bywa, że przeczytam albo usłyszę jakiś opowieść, i zapadnie mi jedno wypowiedziane zdanie. Potem ono kiełkuje, czasami długo, i niespodziewanie – wraca. Odmienione, niemal nie do poznania, tworzy się z niego coś nowego.

Bohaterowie książek chodzą właściwie po ulicach. Trzeba ich tylko umiejętnie zaprosić, a potem pozwolić żyć na kartach książki.

PP: Skąd czerpie Pani pomysły do swoich książek? Szuka ich Pani aktywnie czy może same przychodzą?

AL: Szukam, szukam, a one i tak przychodzą kiedy chcą. Tak poważnie, to na początku oczywiście powstaje konspekt książki. Pomysł, który rozpisuję na kolejne sceny, hasłowo tylko ujęte. To taki bardzo ogólny szkielet, który pozwala mi utrzymać konstrukcję książki w ryzach. Poza tym opisuję sobie bohaterów, każdy ma swoją kartkę, do której w każdej chwili mogę sięgnąć – żeby wiedzieć, pamiętać: jaki ma kolor oczu, co lubi, jakim językiem się posługuje… Kiedy zaczynam pisać, startuję bez zastanowienia - po prostu piszę i już. Potem przychodzi czas na korekty. Ale najbardziej lubię ten moment, w którym orientuję się, że bohaterowie mają swoje życie. Nie wiem, co wydarzy się za chwilę, jak zareagują książkowe postacie – bo mam poczucie, że ich już nie wymyślam. Oni są, a ja ich tylko opisuję. To najfajniejszy moment. Przynosi mi najwięcej radości, ale też niesie ze sobą spore ryzyko - bardzo istotny staje się właśnie konspekt, szkielet książki – bo puszczeni na wolność bohaterowie mogliby wyprowadzić mnie na manowce.

Tak więc pomysłów szukam, a one i tak przychodzą i odchodzą - jak chcą. Rzecz w tym, żeby szukać uparcie i nie pozwolić sobie na zgubienie tych dobrych pomysłów.

PP: Jak wyglądała Pani praca nad książką?

AL: Mam rodzinę i pracę zawodową. Praca nad książką to czas ukradziony z odpoczynku, najczęściej godziny nocne, i czas spędzany w delegacjach – hotele są smutne, mam tam czas, żeby spokojnie popracować nad tekstem. Chciałabym, niezmiernie chciałabym móc pozwolić sobie na luksus pisania kiedy chcę, gdzie chcę, ale życie jest dość brutalne. Może kiedyś będę mogła żyć tylko z pisania książek… ale jeśli w ogóle to jest możliwe, to długa jeszcze droga przede mną.

PP: Na koniec proszę nam zdradzić, co sprawia, że Pani książkę tak dobrze się czyta?

AL: A przeczytała już Pani? :) Książka jest potoczysta w warstwie językowej i bliska przeciętnemu czytelnikowi. Ma spokojny język i akcję, która nie jest sensacyjna, a jednak dużo się dzieje. Z założenia miała się dobrze czytać, więc jeśli tak jest, to dobrze. Cóż, dobrze, że jest dobrze…